Planowanie zamówień

nowości
  • Czytany: 471 razy

Czy nie jest zwykle tak, że postęp w jakiejś dziedzinie zawdzięczamy najlepszym studentom, którzy poświecili się nauce, zdobyli doktoraty i habilitacje na badaniach naukowych, których rezultatem są nowe materiały, technologie, ale także nowe procesy, udoskonalone usługi. To pewnie nie zawsze tak działa, niemniej oczekiwanie, że nauka wesprze zamówienia publiczne jest uzasadnione. I niespełnione.

Może dużo się dzieje w zakresie badań naukowych z obszaru zamówień publicznych, a ja o tym nie wiem? Wpisałem więc w popularnej wyszukiwarce „badania naukowe z zakresu zamówień publicznych”. Oto wyniki:

  • „Badania naukowe – wyłączenia spod ustawy Pzp”
  • „Badacze: nadinterpretacja prawa zamówień publicznych wydłuża i komplikuje badania naukowe”
  • „Uczelnie i naukowcy w poszukiwaniu furtek w prawie zamówień publicznych”

Czyli jest tak, jak myślałem: nauka i zamówienia publiczne raczej się nie lubią. Jaka szkoda. Przez 30 lat mogliśmy wykształcić spore grono naukowców zajmujących się zamówieniami publicznymi. Prowadząc badania naukowe i prace rozwojowe przez 40 godzin tygodniowo (a niechby przez 20) na pewno mieliby jakieś osiągnięcia.

Dlaczego nie możemy liczyć na naukę? Pierwsza odpowiedź już się pojawiła: bo zamówienia publiczne wiążą ręce naukowcom i uniemożliwiają prowadzenie badań, których wynik mógłby zwiększyć efektywność zamówień publicznych.

A serio? Zakupy publiczne to gałąź działalność interdyscyplinarna. Wymaga wiedzy i umiejętności z różnego zakresu.

ZAMÓWIENIA PUBLICZNE JAKO GAŁĄŹ PRAWA

Skoro procedury udzielenia zamówienia publicznego reguluje Prawo zamówień publicznych, to udzielanie zamówień publicznych wymaga wiedzy z zakresu prawa. Czy to nie jest zdanie oczywiste? Tak samo oczywiste, jak to, że nauczanie dzieci wymaga znajomości prawa oświatowego, wydobycie piasku - prawa górniczego, a budowa domu – prawa budowlanego.

Fakt, ze daną działalność regulują jakieś przepisy jeszcze nie oznacza, że prowadzenie tej działalności polega na stosowaniu przepisów. Jest oczywiste, że budowa wymaga wielkiej wiedzy inżynierskiej przede wszystkim. Ponadto powinna się odbywać zgodnie z przepisami. Przepisy mogą dotyczyć wielu kwestii (np. usytuowania obiektów, dopuszczanych materiałów), jednak nikt nie będzie twierdził, że znajomość prawa wystarczy do zbudowania obiektu.

Ciekawe dlaczego wielu twierdzi, że do udzielania zamówień publicznych wystarczy znajomość prawa zamówień publicznych. Oczywiście nie wystarczy. Udzielanie zamówień to zdecydowanie więcej, niż stosowanie przepisów prawa.

Niemniej, jakieś badania w zakresie prawa należałoby prowadzić i na pewno są prowadzone. Mnie interesowałoby np.:

  • Przesądzenie, że Pzp należy do gałęzi prawa cywilnego i stanowi zbiór praw podmiotowych wykonawców.
  • Dlaczego Pzp przywołuje definicję ceny z czasów ciemnego socjalizmu powodującą porównywanie ofert w cenach brutto, co prowadzi czasem do rażącego naruszenia zasady równego traktowania wykonawców?
  • Dlaczego Pzp zawiera oczywiście nieprawdziwą definicję zamówienia publicznego?
  • Dlaczego i po co mamy w ustawie zasadę uczciwej konkurencji, której nie ma w dyrektywach?
  • Jak ma się jawność postępowania a zasada ochrony tajemnic przedsiębiorstwa i informacji poufnych zawartych w ofertach?
  • Jak interpretować sprzeczność między art. 29 a 30 ust. 1 Pzp?

I wiele, wiele innych spraw oraz problemów…

ZAMÓWIENIA PUBLICZNE A FINANSE PUBLICZNE

Zasady budżetowania w bardzo negatywny sposób wpływają na zamówienia publiczne. Roczność budżetu przynosi katastrofalne skutki: priorytetem zakupowym jest szybkość.

Na ołtarzu szybkości zamawiający są gotowi poświęcić wszystko: może być drożej, może być gorzej – byle było szybko. I trudno się dziwić. Jest jeszcze gorzej: budżety, które powinny być uchwalane najpóźniej na początku roku, potrafią spływać do dysponentów w połowie roku. Nie ma czasu na realizację, a co dopiero na postępowanie.

Limity ustalone na poszczególnych działach i paragrafach budżetu powodują całkowity brak zainteresowania zamawiających obniżaniem kosztów realizacji zamówień.

Zaoszczędzone pieniądze nie mogą być przeznaczone na inny cel, lecz mają być zwrócone do budżetu (na co nie może sobie pozwolić żadna honorowa księgowa). A przyszłoroczny budżet instytucji zostanie zmniejszony. W tych warunkach nie można liczyć na efektywne zakupy.

Roczność budżetu odpowiada za pilne zakupy, nerwowo czynione pod koniec roku, aby bilans wyszedł na zero. Tymczasem koniec roku to najgorszy okres na zakupy: ceny najwyższe, a zamówienia przeprocedowują dziesiątki zapytań w czasie, gdy należałoby się bardziej skupić na sprawach rodzinnych, domowych aby zachować jaki-taki work-life balans.

Zdaje się, że na świecie próbują jakoś rozwiązać lub choć złagodzić te problemy: budżet dwuletni (a jeszcze lepiej: 6-letnia perspektywa finansowa), budżet zadaniowy niewygasający, wieloletni plan inwestycyjny, rok budżetowy nie pokrywający się z rokiem kalendarzowym itd. Czy są tego typu badania w Polsce?

Piony finansowe wymuszają na zamówieniach określanie w umowach ich „maksymalnej wartości nominalnej w złotych polskich”, co jest działaniem bezpodstawnym, gdyż przywoływany na uzasadnienie tego poglądu art. 93 ust. 1 ustawy o finansach publicznych oczywiście nie ma żadnego związku z zakupami. W wyniku takich nadinterpretacji zamawiający nazbyt często zawierają umowy „do dnia X lub do kwoty Y” strzelając sobie w kolano.

Może jakiś sławny profesor z zakresu finansów publicznych mógłby wziąć te problemy pod lupę? I naukowo odpowiedzieć np. na pytanie: jak nie zaciągać zobowiązań nie mających pokrycia w planie finansowym nie obarczając odpowiedzialnością za to wykonawców zamówień publicznych? Albo: jak wyliczyć, gdzie ująć i jak zarządzać rezerwami niezbędnymi do finansowania zamówień publicznych?

Znalazłoby się trochę problemów dla naukowców specjalizujących się w zarządzaniu finansami publicznymi, których rozwiązanie mogłoby zrewolucjonizować zakupy publiczne.

MAKROEKONOMIA

Najbardziej interesujące byłyby wyliczenia strat budżetowych, wynikających z błędnych zasad udzielania zamówień publicznych.

Najstarsi pamiętają czasy, gdy na skutek rażącej nadinterpretacji przepisów KIO (a wcześniej zespoły arbitrów) nakazywało odrzucanie ofert obarczonych nieistotnymi błędami. Brak numeru na pustej stronie oferty, gdy żądano ponumerowania wszystkich stron oferty, numer strony w lewym dolnym rogu, gdy miał być w prawym górnym, albo brak parafy w sytuacji, gdy na stronie znajduje się podpis, a SIWZ wymagał parafowania każdej strony – to niemal anegdotyczne przykłady rażącej głupoty.

Nikt nie policzył, ile Polska straciła przez dziesięć lat stosowania filozofii „zero tolerancji dla błędów ofertowych”. Wydaje mi się, że co najmniej 20% budżetu, czyli miliardy. Ale to tylko moje estymacje, niepoparte żadnymi badaniami. Po co wracać do zamierzchłej przeszłości? Ku przestrodze: w międzyczasie wyrosło nowe pokolenie, które nie pamięta tamtych praktyk i miewa ciągoty formalistyczne.

Z pewnością należy badać aktualne zjawiska. Np. ile tracimy na odrzucaniu rażąco niskich cen? A może odwrotnie: zyskujemy. Naukowa odpowiedź musiałaby bazować na danych dotyczących rozwiązania umów zawartych z rażąco niską ceną, na porównaniu terminu realizacji takich umów z terminem realizacji umów z cenami odpowiednimi itp. Bez badań możemy tylko prowadzić teoretyczne dywagacje.

Albo: ilu przedsiębiorców unika zamówień publicznych dlatego, że nie zapewniają ochrony tajemnicy przedsiębiorstwa oraz poufnych aspektów ofert? Może udałoby się tą drogą przekonać zagorzałych zwolenników jawności jak wielkie są koszty takiej niefrasobliwości.

Właśnie rozmawiałem z audytorem z Bułgarii – był oburzony pomysłem ujawniania ofert konkurencji. A więc nie tylko Bank Światowy wyklucza jawność ofert. Ciekawe, w ilu jeszcze krajach poważnie podchodzą do tajemnicy przedsiębiorstwa. A my nawet po orzeczeniu TSUE C-54/21 Antea nie wierzymy.

Uważam, że przydałaby się naukowa odpowiedź na pytanie: dlaczego przedsiębiorcy nie chcą ubiegać się o zamówienia publiczne?

UZP zrobił co prawda ankietę w 2019 roku – i chwała mu za to – niemniej trudno jej wyniki uznać za dowód naukowy. Z drugiej strony: na czym opierać nadzieję, że wyniki badań wpłyną na praktykę? Cóż z tego, że najczęściej wskazywanym 6 lat temu powodem unikania zamówień publicznych było wybieranie najtańszych ofert. Praktyka ta się nie zmieniła. I ofert nie przybyło.

Tematów badawczych z zakresu makroekonomii mam wiele:

  • Jaki jest rzeczywisty udział MŚP w zamówieniach publicznych i czy da się go zwiększyć?
  • Czy należy się tak bardzo przejmować niską liczbą ofert?
  • Czy ceny uzyskiwane w zamówieniach publicznych są rzeczywiście wyższe od cen rynkowych?
  • Jaki powinien być optymalny rozkład ryzyka w umowie najkorzystniejszej ekonomicznie?
  • Ile kosztuje sektor publiczny przerzucanie na wykonawców poszczególnych ryzyk w umowach?
  • Jakie są koszty transakcyjne w polskich zamówieniach?

MIKROEKONOMIA

Do mikroekonomistów mam przede wszystkim pytanie: jak badać zdolność finansową i ekonomiczną wykonawców? Bo przecież nie poprzez warunek minimalnego przychodu, który nie może być wyższy, niż dwukrotność wartości zamówienia.

Nawet nie ma pewności, czy wolno / należy – moim zdaniem: oczywiście – najpierw sprowadzić wartość zamówienia do roku. To chyba oczywiste, że zamówienie o wartości 100 do wykonania w pół roku to co innego, niż zamówienie o wartości 100 do zrealizowania w dwa lata. W pierwszym przypadku powinienem postawić warunek w wysokości [(100/6) x 12] x 2 = 400, a w drugim [(100/24) x 12] x 2 = 200. Nie mam niestety pewności, czy kontrola to zrozumie i zaakceptuje. Zapytałem kiedyś o to urzędniczkę z Brukseli, ale raczej nie zrozumiała pytania.

Mam nadzieję, że każdy ekonomista wyśmieje pomysł oceny zdolności ekonomicznej wykonawcy podług jego przychodu.

Pewnie wskaźnik płynności bieżącej przywołany w ustawie (w ślad za dyrektywą) też jest z oczywistych powodów niewystarczający. To co i jak należy badać? 30 lat temu przy pomocy wujka, członka rad nadzorczych po wymagającym w tamtych czasach egzaminie, zrobiliśmy program jednodniowego szkolenia na ten temat. Szkolenie było oferowane jako dodatkowy dzień do „Kwalifikacji wykonawców”. Kilka razy udało się nam to szkolenie przeprowadzić.

Uczyliśmy analizy wskaźnikowej, pokazywaliśmy zagregowane wzory i uproszczoną metodykę badania. Uproszczoną jak na owe czasy – obawiam się, że dziś zostałaby uznana za nazbyt zawiłą. Od dawna nikt nie był zainteresowany takim szkoleniem. Nawet nie mam go w standardowym portfolio.

Czy ktoś pamięta materiał szkoleniowy przygotowany dla UZP z tego zakresu? W połowie lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku została wydana publikacja opisująca metodykę oceny wykonawców metodą wskaźnikową. Niezła. I całkowicie zapomniana. Pewnie 30 lat temu ktoś próbował. Od dawna nikomu się nie chce. Albo boimy się konsekwencji.

Np. dawno temu UZP wydało opinię, że jedynym sposobem spełniania warunków przez konsorcjum jest „łącznie” – i zamawiający nie ma prawa narzucać innego sposobu. Wyszło Urzędowi, że również wskaźnik płynności członkowie konsorcjum powinni wykazać „łącznie”. Pewnie nie tylko ja uznałem, że nie będę się ośmieszał liczeniem „łącznej” płynności kilku firm, więc zaprzestałem stawiania takiego warunku. Od ilu już lat wiadomo, że zamawiający może sformułować warunki wobec konsorcjum inaczej, niż „łącznie”, ale Urząd nigdy oficjalnie nie odwołał tamtej interpretacji więc lepiej być ostrożnym.

W jednym z przetargów zastosowaliśmy metodę skopiowaną z Constructionline – systemu kwalifikacji wykonawców robót budowlanych w Wielkiej Brytanii. Nie spodobało się UZP, nie uwzględniło naszego odwołania KIO, nie uwzględnił opinii biegłych rewidentów marszałek. Fragment metody powszechnie stosowanej tam przez naszych biegłych kontrolerów został uznany za nielegalny, ograniczający konkurencję (wpłynęło 7 ofert złożonych przez kilkunastu wykonawców, nie wpłynęło żadne odwołanie, ani nawet pytanie). Po jednym takim doświadczeniu człowiek ma dość głupoty tego systemu. Nie stawia żadnych wymagań, albo tylko przychód, który o niczym nie świadczy. A potem wszyscy są zdziwieni, że wykonawca nie podołał.

Może gdyby jacyś sławni profesorowie ekonomii zrobili badania, opublikowali wskaźniki będące symptomami upadłości firmy, albo tylko jej słabej, pogarszającej się kondycji finansowej…

Ale przecież są takie badania, są takie opracowania. Ale nieznane w światku zamówień publicznych. Może gdyby je upublicznić, gdyby Prezes Urzędu napisała przedmowę, podlinkowała… Prawda, że nic się nie zmieni? KIO nieraz pokazało gdzie ma opinie i publikacje UZP. Ale to są publikacje magistrów, czasem mecenasów. A gdyby tak profesor coś napisał, to może miałoby jakąś moc?

Snujemy jakieś wizje systemu certyfikacji. Rozumiem, że w ramach potwierdzenia kwalifikacji wykonawcy będzie badana jego sytuacja ekonomiczna i finansowa. Na marginesie: może należy zacząć od odpowiedzi na pytanie: czym różni się sytuacja ekonomiczna od finansowej, po co to rozróżnienie? Czy każdy wystawca certyfikatów będzie badał co innego? W inny sposób? U jednego firma dostanie potwierdzenie, że może realizować kontrakty za milion, a u innego, że za pięć? To dopiero będzie bałagan!

Może najwyższy czas zapytać ekonomistów o zasady oceny sytuacji ekonomicznej przedsiębiorstw – zanim zostaną uwikłani w konkretne rozstrzygnięcia.

LOGISTYKA

Zakupy to część logistyki. Większość zamawiaczy szczerze by się zdziwiło. Ciekawe dlaczego. Marzy mi się, że ktoś opowie o zamówieniach publicznych językiem logistyki, a raczej: opowie o zakupach językiem zamówień publicznych.

Jakąś pracę wykonaliśmy z Andrzejem Zawistowskim pisząc „Strategie zakupowe – przewodnik dla zamawiających publicznych”. To jednak praca dwóch magistrów, raczej praktyczna, niż naukowa. Pewnie dlatego mało znana.

Bardzo dużo różnych osiągnięć logistyki, w szczególności w zakresie analizy rynku, strategii zakupowych, współpracy z wykonawcami można wprost zastosować do zamówień publicznych. Tylko trzeba to odpowiednio przekazać.

KWATERMISTRZOSTWO

Kuźnią kadr zamówień publicznych w USA jest Defense Acquisition University w Waszyngtonie, czyli tamtejsza wyższa szkoła kwatermistrzowska. Tak, wielu (większość) contracting officers kończyło tę szkołę, zdobywało doświadczenie w wojsku, a następnie zajmuje się zamówieniami publicznymi w cywilu. Zaglądam na stronę www.dau.edu i widzę bardzo dużo szkoleń z zakresu zamówień publicznych, część on-line dostępna dla wszystkich zainteresowanych.

Szukam w necie polskiej Wyższej Szkoły Kwatermistrzowskiej. Okazuje się, że została zlikwidowana w 1994 roku. Ach, jak to możliwe? To dlatego nie możemy uczyć się zamówień publicznych od wojska? Tak wielki budżet, tyle okazji, taki potencjał. Wszystko zmarnowane? Żadnego profesjonalizmu, badań naukowych, postępu?

NEGOCJACJE, KOMUNIKACJA

Dzięki ProcurCompEU wielu zauważyło, że istotnymi kompetencjami w zakresie zamówień publicznych są negocjacje (kompetencja specyficzna dla zamówień) i komunikacja (kompetencja osobista).

Mam nadzieję, że w wielu instytucjach prowadzony jest proces profesjonalizacji kadr zamówień publicznych poprzez zapewnienie szkoleń ze wszystkich 30 kompetencji, w tym z negocjacji i komunikacji. Coraz więcej zamawiających jest gotowa przyznać, że główne problemy z zamówieniami publicznymi nie mają charakteru prawnego, lecz międzyludzki.

Różnych poradników, treningów i doradców w tym zakresie jest wielu. Przydałaby się jednak oferta dedykowana zamówieniom publicznym, z dedykowanymi ćwiczeniami, studiami przypadków. Oby po jednym szkoleniu przyszła kolej na dalsze. Można (należy) rozwijać się w tym zakresie, podobnie, jak sprzedawcy rozwijają się w sztuce negocjacji handlowych służących sprzedaży.

ZARZĄDZANIE

Nauki o zarządzaniu mają sporo osiągnięć, które mogłyby znaleźć zastosowanie do zamówień publicznych.

Po pierwsze, zakupy pełnią w każdej organizacji jakąś rolę, którą należy zdefiniować. Wedle tej roli należy umiejscowić zakupy w strukturze organizacyjnej instytucji, oddelegować odpowiedni potencjał osobowy, sprzętowy. Należy zapewnić odpowiednie role w procesach, zasady współpracy z otoczeniem. Należy określić KPI i mierzyć wydajność komórki. Dlaczego tego się nie robi?

Po drugie, zamówienie to projekt podobny do innych projektów, którymi należy odpowiednio zarządzać: jest jakiś cel do osiągnięcia (zaspokojenie potrzeby, oczywiście, nie zawarcie umowy), jakieś zasoby (budżet, ludzie), termin, w którym należy dowieść rezultat, jakieś ryzyka, które mogą to utrudnić. Gdyby podejść do zakupu jak do projektu, stałoby się oczywiste, że musi być kierownik projektu, harmonogram, podział ról i odpowiedzialności. Wszystko mogłoby się zmienić.

Po trzecie, szef zakupów musi umieć zarządzać swoją komórką. Dodatkowo musi współpracować z komórkami merytorycznymi (klientami wewnętrznymi) oraz wykonawcami (klientami zewnętrznymi). Wszystko to wymaga umiejętności zarządczych. Kierownik komórki nie musi być wcale najlepszym z zamawiaczy (tak samo, jak dyrektorem szpitala nie powinien być najlepszy lekarz, a dyrektorem szkoły – najlepszy nauczyciel – to marnowanie potencjałów). To wynika nawet z ProcurCompEU. Tymczasem w zamówieniach (tak, jak w szpitalu, w szkole i wielu innych organizacjach) wielu szefów właśnie osiągnęło swój poziom niekompetencji.

Po czwarte, nauki o zarządzaniu rozwijają wiele wąskich obszarów mogących wnieść wartość dodaną do zamówień publicznych. Np. metody wspomagania podejmowania decyzji z powodzeniem mogą być stosowane do opracowania kryteriów oceny ofert oraz wyboru oferty najkorzystniejszej. Włoskie przepisy nawet wymagają zastosowania jednej z nich w trakcie przygotowania każdego postępowania o udzielenie zamówienia. U nas to ciągle nie może się przebić. Pewnie dlatego, że pisze na ten temat tylko jakiś magister.

Kto, kiedy i jak sprowokuje badania i rozwój w zakresie zamówień publicznych w Polsce? UZP? Ministerstwo właściwe ds. gospodarki? Ministerstwo Nauki? NCBiR? Nie widać chętnych. Idę jutro na ogłoszenie wyników konkursu na najlepszą pracę doktorską dotycząca zamówień publicznych. Konkursu ogłaszanego przez redakcję miesięcznika „Zamówienia publiczne Doradca”. Może jest znacznie lepiej, niż mi się wydaje.

Powyższy tekst ukazał się na łamach Miesięcznika Zamówienia Publiczne. Doradca.

Autor: Dariusz KOBA

Czytaj dalej...
  • Czytany: 389 razy

Realizujemy obecnie projekt podniesienia kwalifikacji pracowników zamawiającego w oparciu o standardy ProcurComEU. Jesteśmy po etapie samooceny i określeniu luk kompetencyjnych, piszemy programy szkoleń, a po wakacjach będziemy je prowadzić. Oto kilka postrzeżeń dotyczących ram oraz uwag natury ogólniejszej o profesjonalizacji.

PROCUR COMP EU

Samoocena

Po pierwszym zetknięciu z ProcurCompEU, jeszcze przed ich zatwierdzeniem, miałem nadzieję, że badanie kompetencji odbywa się przy pomocy jakiś testów wiedzy i umiejętności. Jakież było moje rozczarowanie, gdy się okazało, że są to pytania w stylu:

  1. jaki jest poziom Pana wiedzy…?
  2. w jakim stopniu potrafi Pani… ?

Po pierwsze, odpowiadając na takie pytania trzeba koniecznie czytać opisy kompetencji i raczej zadawać sobie pytanie: Czy mam kompetencje opisane jako poziom podstawowy? Jeśli nie – wpisuję 0, jeśli tak, pytam siebie: Czy mam kompetencje opisane jako poziom podstawowy? Jeśli nie – wpisuję 1, jeśli tak, pytam dalej o kolejne poziomy.

Po drugie, na pierwszy rzut oka widać, że niektórzy są nazbyt pewni siebie, a inni zbyt skromni. Nie do końca pomogły apele, aby robić to uczciwie, gdyż przeszacowanie swoich kompetencji spowoduje skierowanie na szkolenie zbyt zaawansowane i niezrozumiałe, a ich niedoszacowanie – na szkolenie za proste, nieciekawe. Byłoby wskazane, aby ta samoocena została zweryfikowana przez przełożonego. Nie byłoby głupie również zapytać koleżeństwo, jak oceniają mój poziom.

Role

Ramy określają pięć profili zawodowych: asystent, nabywca, specjalista, manager kategorii, specjalista ds. umów (źle przetłumaczony jako kierownik) oraz kierownik (działu). Każdy z tych profili został opisany poprzez zakres zadań.

Po pierwsze, specjalista ds. umów nie występuje w Polskiej praktyce. Problem: kto powinien pisać umowę bywa rozwiązywany bardzo różnie: merytoryści – zamawiacze – prawnicy. Każde ma zalety i wady. Może rozwiązaniem jest wyodrębnienie stanowiska specjalisty ds. umów. Być może większość czytelników byłaby w stanie opracowywać dobre umowy, pod warunkiem, że nie będą robić nic innego.

Po drugie, manager kategorii (kupiec wiodący, specjalista ds.. kategorii), powszechnie spotykany w sektorze prywatnym, nie może się przyjąć w zamówieniach publicznych. Jak mogłaby wzrosnąć efektywność zamówień, gdyby zamawiacze mogli się wyspecjalizować w jednej, dwóch, trzech kategoriach zakupowych. Ale nie, zwykle obsługują różnorodne zakupy: o 9 komisja w sprawie mebli, do 12 trzeba odpowiedzieć na pytania w postępowaniu na remont, a o 15 jest sampling cateringu. Nie mamy szans wejść głębiej w żaden temat, ślizgamy się po powierzchni, czasem ledwo rozumiejąc problemy merytoryczne, techniczne. Postuluję dwójki, tandemy zakupowe (merytorysta i zamawiacz), które powinny odpowiadać za cały cykl zamówienia, ale i to się nie przyjmuje. I mamy wzajemne oskarżenia, brak współpracy i brak odpowiedzialności. To nie może działać efektywnie.

Po trzecie, rola kierownika (poza znajomością prawa) polega głównie na zarządzaniu działem i komunikacji z otoczeniem. I bardzo dobrze, bo to jest jego rola. Nie musi nic wiedzieć o dokumentacji przetargowej. W praktyce zwykle uczestniczy w jej tworzeniu, wspiera pracowników, a przynajmniej weryfikuje, i często podpisuje. To źle. Kierownik angażujący się w bieżączkę wokół dokumentacji przetargowej zaniedbuje najważniejsze zadania. A kto zostaje kierownikiem? Najlepszy z zamawiaczy. To ten sam błąd jak awansowanie na dyrektora szpitala najlepszego lekarza, czy na dyrektora szkoły najlepszego nauczyciela.

Po czwarte, wyszło nam, że opisy profili zawodowych średnio oddają prawdziwy zakres zadań pracowników. Zamawiacze zwykle nie uczestniczą w całym cyklu zakupowym, a jedynie w postępowaniach (od wniosku zakupowego do zawarcia umowy). Nie oceniają potrzeb, nie piszą specyfikacji technicznych (OPZ), nie zarządzają dostawcami. Trudno w tych warunkach oczekiwać, że będą ukierunkowani na biznes i wyniki (choć są i tacy, za co im szacunek i wdzięczność). Najlepiej chyba do rzeczywistości pasuje opis samodzielnego nabywcy publicznego, który u mniejszych zamawiających musi być „wszechstronną orkiestrą”.
Wymagane poziomy kompetencji

Bez badania można stwierdzić, że np. w zakresie znajomości prawa polscy zamawiacze zdecydowanie przekraczają oczekiwania. W wielu innych kompetencjach zaskakuje raczej bardzo niski poziom wymagań.

Np. wszystko, czego oczekuje się od nabywcy lub specjalisty w zakresie planowania to zdolność do:

  1. wykonywania podstawowych zadań z zakresu planowania zamówień publicznych, takich jak gromadzenie i konsolidacja wkładów ze strony różnych działów;
  2. wdrażania planowania zamówień publicznych w swojej codziennej pracy.

Z badania wyszło, że wiele osób posiada kompetencje wyższe od wymaganych na ich stanowisku. I chcą dalej się rozwijać. To budujące. Nie od dziś wiem, że pasjonatów zamówień publicznych nie brakuje.

Czego nie widać

Gdybym miał wskazać najważniejszy problem wewnątrzorganizacyjny wielu (większości?) zamawiających, bez wątpienia byłby brak współpracy między zamówieniami, a komórkami merytorycznymi. Czyli relacje, komunikacja, negocjacje, współpraca. Badanie nie ujawniło potrzeb szkoleniowych w tym zakresie. Obawiam się, że ciągle nie rozumiemy, że sukces zależy od tej współpracy i nie chcemy się przyznać, że idzie nam słabo. Problem w tym, że do tanga trzeba dwojga: nawet jeśli podniesiemy kompetencje miękkie zamówień publicznych, nie ma pewności, że druga strona będzie chciała współpracować. Chyba, że nasza trenerka kompetencji miękkich nauczy kursantów „wymuszać współpracę” (czy to aby nie żart?

Programy szkoleń

Założenie było, że będziemy się trzymać ram. Szybko jednak okazało się, że tak nie można.

Jeśli np. kompetencja 8 zarządzanie dostawcami „obejmuje budowanie i utrzymywanie skutecznych relacji z obecnymi i potencjalnymi przyszłymi dostawcami”, to aż się prosi powiedzieć coś o inicjatywach w stylu forum inwestycyjnego, o wstępnych konsultacjach rynkowych, o umowach ramowych. A w programie jest jedynie o etapie realizacji umowy. Podobnych przykładów jest wiele. Oznacza to, że na te ramy trzeba nałożyć nasze doświadczenie szkoleniowe i zakupowe, trzeba sobie dośpiewać zagadnienia, które powinny być ujęte w programie, mimo, że ProcurCompEU o tym milczy.

Rozmiar szkoleń

Na pierwszy rzut oka: skoro jest 30 kompetencji na czterech poziomach, to daje 120 dni szkoleniowych na całość. Trochę mniej, niż klasyczne studia podyplomowe. Po chwili widać, że to nie może tak działać. Są kompetencje, o których trudno mówić i ćwiczyć przez cztery dni (np. certyfikacja i płatność, sprawozdawczość i ocena), a są takie, że w cztery dni można osiągnąć najwyżej poziom średniozaawansowany (np. zarządzanie umowami). Należy do tego podchodzić elastycznie i rozsądnie.

Wnioski

Czy to słuszne, że sporą część Polityki zakupowej państwa zajmują ramy kompetencyjne?

Z jednej strony: niepotrzebnie ten dokument spuchł z tego powodu. Z drugiej: przywołanie ProcurCompEU w oryginalnej wersji nie rozwiązuje problemu profesjonalizacji. Myślę, że UZP mógłby pokusić się o spolszczenie tego standardu oraz jego wdrożenie, uszczegółowienie.

ROLA URZĘDU ZAMÓWIEŃ PUBLICZNYCH

Urząd prowadzi obecnie szeroką działalność szkoleniową. Niezależnie od zakresu tych działań jest oczywiste, że nie mogą one objąć wszystkich zainteresowanych osób ani wszystkich niezbędnych tematów. Myślę, że nie na tym powinna polegać rola UZP. Rząd jest od sterowania łodzią, którą płyniemy – od wiosłowania są prywatne firmy.

Może czas wrócić do systemu szkoleń, który budowaliśmy 30 lat temu. Rolą UZP byłoby:

  1. zlecać opracowanie, weryfikować i zatwierdzać programy szkoleń oparte o ProcurCompEU z uwzględnieniem lokalnych uwarunkowań, materiały szkoleniowe (konspekty, prezentacje, ćwiczenia) wraz z wytycznymi dla trenera;
  2. rekrutować, szkolić, weryfikować i stale brief’ować trenerów, aby zapewnić najwyższy poziom ich wiedzy (ze szczególnym uwzględnieniem opinii, zaleceń, dobrych praktyk publikowanych przez UZP) oraz umiejętności trenerskich;
  3. zawierać porozumienia z firmami szkoleniowymi zobowiązujące do organizacji wyłącznie szkoleń prowadzonych w oparciu o zatwierdzone programy przez certyfikowanych trenerów, a także udostępniać harmonogram tych szkoleń.

W niewielkim zakresie jest to realizowane na poziomie studiów podyplomowych. Obawiam się jednak, że Urząd uzgadnia jedynie dosyć ogólne programy i nie ma ani świadomości, ani wpływu na to, jakie treści i w jaki sposób są tam prezentowane.

Szkolenia powinny nadal być oferowane na zasadach rynkowych. Zarówno trenerzy, jak firmy szkoleniowe muszą konkurować, zabiegać o klientów i stale podnosić jakość oferowanych usług. Nie ma, oczywiście, żadnych przeszkód, aby w ramach poszczególnych kompetencji funkcjonowały konkurencyjne programy szkoleń i materiały.

Jedno jest istotne: aby uczestnicy otrzymywali w miarę spójną wiedzę. I zgodną z polityką zakupową państwa (przez małe „p”) wyrażaną w wielu różnych materiałach. Certyfikowani trenerzy mogą przedstawiać różne stanowiska, wątpliwości i kontrowersje, ale zawsze muszą jasno wyartykułować oficjalne stanowisko Komisji Europejskiej, państwa polskiego, ministerstwa, urzędu – o ile takie stanowisko w danej sprawie istnieje.

Tymczasem mamy do czynienia z jawnym lub zakamuflowanym podważaniem stanowiska UZP zarówno przez trenerów, jak i arbitrów (to odrębny temat, którego w tym miejscu nie będziemy rozwijać), komentatorów i innych, którzy uważają, że powinni się wypowiadać. Jak do tego dodamy rozbieżność orzecznictwa KIO, mamy rezultat: gdzie dwóch Polaków, tam trzy poglądy.

W tej sytuacji nikt, w szczególności Urząd nie ma istotnego wpływu na praktykę zamówień publicznych. Szerzej o tym co można zrobić aby uzyskać sterowność zamówień publicznych pisałem w tekście „Po co nam UZP?” (Zamówienia Publiczne Doradca Nr 9/2024)

CO Z MOTYWACJĄ?

Największym, moim zdaniem, brakiem ProcurCompEU jest brak nastawienia na motywacje. W zakresie wszystkich kompetencji chodzi o wiedzę i umiejętności. A gdzie są motywacje?

Może tylko w „nastawieniu na wyniki” (kompetencja 29)? Acz nie wyszło z naszego badania, że mamy jakieś potrzeby w tym zakresie.

Tymczasem jestem pewny – i nie ukrywam tego – że mamy ogromny problem w tym właśnie wymiarze. Polscy zamawiający mają olbrzymią wiedzę i wielkie kompetencje, zwłaszcza w zakresie znajomości prawa, procedur i wymagań formalnych. Duża część wie – i jest gotowa to przyznać – że nie realizuje celów biznesowych (najwyższa jakość za najniższy koszt w cyklu życia), ani strategicznych (kwestie społeczne, środowiskowe, gospodarcze). Wielu wie nawet co powinni robić, aby to zmienić. Ale nie chcą.

„Panowie dużo by już mogli mieć,
ino oni nie chcom chcieć.”

Rząd odważnie postawił diagnozę stanu istniejącego przed przystąpieniem do pracy nad obecną ustawą: „koncentracja zamawiających na spełnieniu wymogów formalnych zamiast na uzyskaniu najlepszego jakościowo produktu lub usługi”. Wielu się oburzało: „Co to za zarzut? Tyle lat staramy się robić zamówienia zgodnie z przepisami – a państwo polskie stawia nam z tego zarzuty?” Właśnie tak.

Staram się na szkoleniach przekazywać wiedzę i umiejętności. Ale przede wszystkim staram się budować motywację. Tak się da, tak można, trzeba tylko chcieć. Niektórzy nie są zadowoleni: za dużo filozofii, za dużo polityki / strategii, za dużo o celach i zasadach. A my chcemy tylko odpowiedzi na konkretne pytania praktyczne. A ja próbuję dać raczej wędkę, niż rybę, raczej nauczyć interpretacji i praktyki wynikającej z celów i zasad, niż rozwiązać konkretny problem praktyczny (choć od tego też nie uciekam).

Ale moje hasło brzmi „Zamówienia publiczne inaczej”. Na ostatnim szkoleniu panie stwierdziły, że znalazły się w innym świecie, na innej planecie, a może nawet w innym układzie słonecznym. Zamawiacze znają przepisy, komentarze i orzecznictwo. Ale mają zasadnicze trudności z odpowiedzią na pytanie: po co to wszystko? W tej sytuacji przekazywanie wiedzy i umiejętności na nic się nie zda.

Dlaczego nie chcą chcieć? To jest kluczowe pytanie. Co zrobić, aby się chciało? To jest problem, bez rozwiązania którego nic się nie zmieni, mimo polityki zakupowej państwa, mimo profesjonalizacji kadr, mimo tysięcy absolwentów studiów podyplomowych, szkoleń i konferencji.

Może jest to ogólny spadek motywacji do pracy? Coś trudno uchwytnego, niemierzalnego, co powoduje, że więcej myślimy o tym co po pracy (pasje, przyjemności, towarzystwo itd.). Zmiany kulturalne. Rozważamy nawet na szkoleniach: czy to pokolenie X jest problemem, czy może silversi mieliśmy „nierówno pod kopułą” angażując się nadmiernie w pracę zawodową w poczuciu odpowiedzialności za dowiezienie rezultatów.

Może postępujące problemy z dojrzałością, samodzielnością, odwagą myślenia i podejmowania decyzji. Ponad 30 lat pracuję w lub dla sektora publicznego i widziałem osoby na stanowiskach kierowniczych „mające jaja”, podejmujące decyzje i biorące za nie odpowiedzialność. Niezależnie od opcji politycznej. Kiedyś. Później było coraz gorzej, płyciej, strachliwie, bywa, że maskowane agresją, arogancją. Na moich oczach poziom zarządzania „dołuje”. Ciekaw jestem, czy jakieś badania to potwierdzają?

Wątpię, abyśmy, aby ktokolwiek miał wpływ na tego typu procesy społeczne. Coś jednak można uczynić.

Zmienić kryteria kontroli

Skoro już najważniejszą motywacją jest zadowolić kontrolę, to trzeba zmienić kryteria kontroli.

Na przykładzie kryteriów – kiedyś trzeba się było tłumaczyć z kryteriów pozacenowych, więc nikt ich nie stosował. Dziś trzeba uzasadnić, jeśli cena ma większą wagę, niż 60%, więc zamawiający stosują kryteria pozacenowe o wadze 40%. Niezależnie od tego, czy mają one sens (im szybciej, tym gorzej – niby wiadomo, a jednak kryterium „termin” robi zawrotną karierę) i wpływ na wybór najkorzystniejszej oferty (zwykle nie).

Rozwiązanie jest proste: kontrola zawsze powinna wymagać uzasadnienia stosowanych kryteriów, niezależnie jakie i o jakiej wadze są stosowane – aby nie dało się uniknąć uzasadnienia. Włoskie przepisy nawet wymagają zastosowania jednej z metod wspomagania podejmowania decyzji.

Podobnie z trybami: pytanie „dlaczego przetarg nieograniczony” powinno być stawiane równie poważnie, jak pytanie o negocjacje z ogłoszeniem lub dialog konkurencyjny. Tylko w trybach niekonkurencyjnych należy wymagać lepszego uzasadnienia.

Podobnie z warunkami udziału i ich brakiem: „dlaczego nie postawiono warunków umożliwiających np. weryfikację zdolności finansowych niezbędnych do należytego wykonania zamówienia” jest co najmniej tak poważnym pytaniem jak „dlaczego wymagano przychodu większego niż dwukrotność wartości zamówienia”.

I umowa: „czy przypisywała poszczególne ryzyka tej stronie, dla której ponoszenie danego ryzyka jest względniejsze, przewidywała narzędzia zarządzania zmianą, klauzule przeglądowe – i jak były stosowane w praktyce”. I najważniejsze: „w jaki sposób zapewniono realizację celów zamówienia na możliwie najkorzystniejszych warunkach rynkowych”.

Tylko kto miałby zadawać takie pytania? Chyba nie KIO złożone wyłącznie z kwalifikowanych prawników. Choć jest przecież taka dziedzina jak ekonomiczna analiza prawa. Obawiam się jednak, że na egzaminie nie ma pytań z tego zakresu. A kontrola, która nie przeprowadziła jednego przetargu, dla której bywa to pierwsza praca? Cóż może wiedzieć o efektywności zamówień?

Czyli jednak profesjonalizacja. Ale nie tylko zamawiających. Również orzekających, audytujących i kontrolujących. I kierowników jednostek oczywiście – a na tym polu zdaje się, że Pani Prezes UZP robi już dobrą robotę. I jest pozytywny przykład: aktualny Sąd Arbitrażowy przy Prokuratorii Generalnej RP. Znaczy: można. Jest nadzieja.

Powyższy tekst ukazał się na łamach Miesięcznika Zamówenia Publiczne. Doradca.

Autor: Dariusz KOBA

Czytaj dalej...
  • Czytany: 401 razy

Po co Prezesowi UZP Rada Zamówień Publicznych? Jeśli jest otwarty – ma nieograniczone możliwości słuchania opinii i rad wszystkich zainteresowanych stron, co np. poprzedni Prezes podniósł na poziom wcześniej niespotykany (hackathon, ankieta wśród przedsiębiorców, wspólne wypracowanie zasad łączenia/dzielenia odczynników i inne inicjatywy). Jeśli jest przekonany o swoim wybraństwie – nie będzie słuchał, nawet jeśli będzie słyszał rady pochodzące z najznamienitszych ust.

PO CO RADA?

Rada ma służyć radą, czyli proponować, podpowiadać Prezesowi co powinien czynić. A skąd niby członkowie Rady mieliby wiedzieć lepiej od Prezesa co czynić należy?

Wszak to Prezes Urzędu jest centralnym organem właściwym w sprawach zamówień publicznych, dysponującym do tego sporą kadrą specjalistów. Jeśli czegoś chce się dowiedzieć, może zamawiać opinie, ekspertyzy, może podglądać rozwiązania w czasie wizyt studyjnych w innych krajach, może wymieniać doświadczenia na forum UE i innych organizacji międzynarodowych. Prezes bywa na różnych konferencjach, targach i innych imprezach, gdzie na pewno wielu stara się przekazywać swoje uwagi i opnie. Ma wiele możliwości poznania zarówno stanu zamówień publicznych, jak i postulatów płynących od jego aktorów. Pewnie dałby sobie radę bez Rady.

A co jeśli członkowie Rady dają rady różne, sprzeczne? Jak wiadomo: gdzie nas dwóch, tam trzy zdania. Doświadczyliśmy tego raz czy dwa w Radzie, gdy Prezes zadał konkretne pytania: opinie były odległe od siebie jak wschód od zachodu. Prezes odpuścił nam dyskusję, która – obawiam się – po burzliwym przebiegu nie przyniosłaby zbliżenia stanowisk. Więcej jednak nie próbował ustalać prawdy i dobrą metodą głosowania członków Rady. Wszyscy kulturalnie unikali kontrowersyjnych tematów.

Czy można byłoby inaczej? Na pewno nie zbierając się raz na kwartał po godzinie-dwie. Jeśli już, trzeba by nas zamknąć na dzień-dwa bez limitu kawy i kazać wypracować jakiś konsensus. Ciekawy jestem, czy to byłoby możliwe. Kiedyś stanowiliśmy taki zespół, w którym jedno zaczynało zdanie, a drugie mogło je kończyć – ale to wynik wielu lat wielogodzinnej codziennej współpracy. Gdy mieliśmy ustalić czego będziemy uczyć na szkoleniach organizowanych z inną firmą doradczą – po całodziennej debacie rozeszliśmy się bez uzgodnienia stanowiska w zakresie choćby jednego z ważnych tematów (i każdy uczył po swojemu).

Już dawno przestałem się dziwić, że można tak różnie rozumieć (albo nie rozumieć) o co chodzi w zamówieniach publicznych. A jednak wciąż mnie to obchodzi. Skryłem się za hasłem „Zamówienia publiczne inaczej” i cieszę się, że pojedyncze osoby czasem otwierają oczy ze zdziwieniem.

KTO W RADZIE?

Kto powinien zasiadać w Radzie Zamówień Publicznych?

Przedstawiciele nauki

Czy jest ktoś lepiej predysponowany do udzielania rad, niż naukowiec, który zawodowo poznaje tajniki rynku zamówień publicznych, prowadzi badania naukowe nad najlepszymi wskaźnikami wiarygodności wykonawców, implementuje metody wspomagania podejmowania decyzji do opracowania kryteriów oceny ofert, opracowuje matryce ryzyka w celu ich optymalnej alokacji w umowach…

Tylko gdzie jest taki naukowiec? Ktoś zna takiego profesora? Może choć doktora?

Czyż wszyscy profesorowie zajmujący się zamówieniami publicznymi to nie są aby prawnicy? Na dodatek z katedr prawa administracyjnego/publicznego? Zajmują się wyłącznie interpretacją przepisów? I głoszą pogląd, że Pzp należy do gałęzi prawa administracyjnego! Każdy wniosek wyciągnięty z błędnych przesłanek musi być błędny.

A może są jacyś profesorowie od zakupów? Gdzieś w katedrach logistyki, gdzieś daleko od prawa, a bliżej ekonomii? Ktoś takich zna, bo ja nie. A nie wierzę, że ich nie ma. Tylko zastanawiam się dlaczego ich nie znamy i czemu nigdy nie byli w Radzie.

Doradcy i pełnomocnicy

Największą praktykę mają ci, którzy od lat żyją z doradzania, szkolenia i reprezentowania stron zamówień publicznych. Z niejednego pieca chleb jedli. Bez wątpienia mogą wiele powiedzieć o tym jak jest, mogą formułować wnioski na przyszłość. O ile potrafią się wznieść ponad swój partykularny interes.

To jest największe wyzwanie: jak nie patrzeć na zamówienia oczami klientów i przez pryzmat ich interesów? Jak nie patrzeć przez pryzmat własnych („im gorzej, tym lepiej – będzie co robić”).

Skoro jeden z „wielkiej czwórki” wymyślił ESG, bo spadały mu obroty z doradztwa – jakże oczekiwać, że doradcy/trenerzy/pełnomocnicy będą podcinać gałąź, na której siedzą? Miałem taki test na uczciwość brokera ubezpieczeniowego: jeśli organizowane przez niego przetargi często wygrywał narodowy ubezpieczyciel (płacący najniższy kurtaż) to znaczy, że bardzie się starał o interes klienta niż o własny zarobek, a jeśli oddawał klientów w ręce podejrzanych ubezpieczycieli – pewnie trawiła go smocza choroba. Może dałoby się implementować.

Organizacje

Mamy kilka stowarzyszeń działających w branży zamówień publicznych, jedne masowe, inne elitarne. Pytanie, czy są w stanie wypracować jakieś wspólne stanowisko i czy można od nich oczekiwać wzniesienia się ponad partykularne interesy swoich członków? Czy aby ich liderzy nie reprezentują tylko siebie? Nie wiem, nie należę.

Z drugiej strony, lobbing jest pewnie zjawiskiem nieuniknionym. Byle był czyniony otwarcie, może przyczynić się do reprezentowania różnych interesów w Radzie, a już inteligencji Prezesa trzeba zostawić wyważanie prezentowanych opinii. Wszak to tylko rady.

Zdaje się jednak, że mamy obecnie nadreprezentację jednej organizacji przy braku innych (których w Radzie chyba nigdy nie było).

Politycy

Był czas, gdy Prezes używał Rady do wspierania sprawy zamówień publicznych na forum rządu i parlamentu. Były to czasy dużych zmian. Pewnie dobrze mieć w takim czasie przełożenie na ministrów i posłów, którzy popychają ustawy nie wbrew, lecz w łączności z Urzędem.

Czy można liczyć na jakieś wyrafinowane doradztwo ze strony polityków? Szczerze wątpię. I nawet się nie oburzam. Nie oczekujemy od polityków fachowej wiedzy w zakresie zamówień publicznych. Cieszymy się, że Urząd trzyma się obok sporów politycznych, choć nie omijają go wiatry i wichury. Daleko nam do tego, co było przez co najmniej pierwszych dziesięć lat zamówień publicznych: nigdy nie było dyscypliny, zawsze posłowie głosowali według swojego przekonania, a przynależność partyjna nie miała większego znaczenia.

Dawno, niestety, to się zmieniło i od lat rządzi większość za nic mająca głosy opozycji. Tak, jak nie służy to zamówieniom publicznym, tak pewnie nie służy w innych obszarach.

Zamawiający

Bez wątpienia, powinni być w Radzie przedstawiciele zamawiających. I pewnie zawsze byli. Tylko których? Nie ma chyba największych. Może i dobrze: pewnie mają swoje dojścia do Prezesa UZP i mogą załatwiać swoje sprawy inaczej, niż na forum Rady.

Swego czasu sławny był nawet alians szefa największego polskiego zamawiającego z Prezesem Urzędu, co to rzucił hasło, że FIDIC jest nielegalny, a my tu „zespół w zespół” napiszemy lepszego, polskiego FIDICa. Co się z tego urodziło jeszcze wielu pamięta. Na szczęście dzięki zaangażowaniu wielu udało się to ostatecznie poprawić do postaci dostępnej ciągle na stronie Urzędu, acz nie stosowanej przez nikogo, z największym polskim zamawiającym na czele. I dobrze.

To może w Radzie powinni być inni zamawiający? Ministerstwa? – ale one kupują naprawdę niewiele. COAR? – pięknie, ale niby kto? Miasta? – tak, tylko które? Wioski? – czemu nie? Jak znaleźć przedstawicieli zamawiających samorządowych, których chyba w Radzie nie było? Ich punkt widzenia jest przecież ważny, a – być może – za słabo reprezentowany.

Sektorowcy i obronni

Czyż nie powinno być z zasady w Radzie przedstawiciela zamówień sektorowych? To przecież duży rynek. Zdecydowanie inny od sektora publicznego, choć niestety coraz bardziej do urzędów się upodabniający. Prezesi mogą nie znać tej specyfiki, a od ich działań przecież wiele zależy.

To samo tyczy się zamówień w dziedzinie obronności. Specyficzna branża, która chyba nie miała nigdy swojego przedstawiciela. A budżet obronny stale rośnie. A ustawa chyba uwiera.

Kupcy prywatni

Mnie by się marzyło, aby w Radzie byli kupcy z sektora prywatnego. Skoro mamy się wzajemnie inspirować i uczyć, to niby gdzie?

Wszelkie inicjatywy wspólnych szkoleń czy konferencji więdną. Ciągle mamy dwa światy nie umiejące ze sobą rozmawiać, a nawet nie rozumiejące się nawzajem. A przecież ekonomia jest jedna. „Zamawiający, jako klient poszukujący najlepszych ofert, powinien, co do zasady, postępować tak samo, jak kupiec, inwestor prywatny. Zasady stosowane w biznesie (wśród profesjonalistów, nie konsumentów) powinny mieć zastosowanie do zamówień publicznych.” (fragment mojego credo)

Za jedną z największych przygód uznaję pisanie poradnika „Strategie zakupowe w zamówieniach publicznych”, gdy ministerstwo gospodarki kazało Andrzejowi Zawistowskiemu i mnie dogadać się co do możliwości zastosowania podejścia ze świata zakupów do zamówień publicznych. Ileż kłótni, ile nieporozumień – i jaka wartość dodana z tego.

Wykonawcy

Również nie może być wątpliwości, że przedsiębiorcy powinni mieć w Radzie silną reprezentację. Zbyt często nie byli uznawani przez Urząd za członków rodziny. A bez ich udziału nie ma zamówień publicznych.

Stowarzyszeń przedsiębiorców jest wielokrotnie więcej, niż nabywców. I wydają się mocno upolitycznione. To może Izby Gospodarcze? Powinny być profesjonalnymi przedstawicielami swoich członków. Dlaczego, co do zasady, nie znają się na zamówieniach publicznych? Jak już muszą się wypowiedzieć, posługują się doradcami, których głównym celem może nie być reprezentowanie nieznanego środowiska.

Związki zawodowe

Czemu nie? Ustawa ma chronić pracowników wykonawców. Wszak nie przystoi, aby państwo polskie korzystało z rażąco niskich cen okupionych wyzyskiem pracowników, podwykonawców i oszukiwaniem zamawiającego.

Tylko czy związki zawodowe stać na rozsądne stanowisko? Czy zaraz nie podetną gałęzi, na której siedzą? Skoro były w stanie w krótkim terminie położyć dobrze prosperująca firmę, jaką było Cargo, to może lepiej niech trzymają się od zamówień publicznych z daleka. Albo niech wyślą do Rady kogoś rozsądnego (jak to było ostatnio).

Wybitni czy klakierzy

Wielu przywódców lubi otaczać się klakierami, budując w ten sposób swoją wartość -chyba tylko w swoich oczach. Najlepsi jednak otaczają się lepszymi od siebie – aby się wznosić dzięki ich pracy. To by oznaczało, że Prezes powinien powołać do Rady tych, od których chciałby się uczyć. Tych, których uważa za lepszych od siebie specjalistów w pewnych obszarach.

Prawdopodobnie zatrudnienie tych ludzi w Urzędzie nie jest możliwe (za słabe widełki), ani celowe (nie są potrzebni 8 godzin dziennie). Prawdopodobnie formalne pozyskanie ich opinii jest czaso- i kosztochłonne (stawki mają wysokie). Tymczasem tanim kosztem można ich wykorzystać w ramach Rady. Pod warunkiem, że się ich zaangażuje nieco więcej, niż kilka godzin na kwartał.

Krewni i znajomi

To może najlepiej, jeśli Prezes dobierze sobie Radę z osób sobie znanych i cenionych. Niezależnie od tego skąd pochodzą, niech radzą – jeśli mają coś ciekawego do powiedzenia. Zwłaszcza, że Prezesi mają swoją wiedzę i doświadczenie, rozeznanie w rynku i zapewne są w stanie dobrać sobie Radę „dającą rękojmię prawidłowej realizacji zadań”.

Byle Rada nie była „kwiatkiem do kożucha”, formalnością wymagająca odfajkowania.

Kiedy byłem członkiem Rady raz tylko zostaliśmy zaproszeni na dwudniową dyskusję o założeniach nowej ustawy Pzp. To było fascynujące. Był czas na wysłuchanie różnych opinii i punktów widzenia, był czas na dyskusje, spory. Każdy mógł coś wnieść, każdy był wysłuchany.

A jakie zapadły decyzje – to już nie jest sprawa Rady. Rada jest od radzenia, nie od rządzenia.

Powyższy tekst ukazał się na łamach Miesięcznika Zamówenia Publiczne. Doradca.

Autor: Dariusz KOBA

Czytaj dalej...
  • Czytany: 543 razy

Uczciwa konkurencja to jedna z zasad zamówień publicznych – i to od zawsze. Podstawa wielu odwołań, zarzutów i korekt finansowych. Bardzo ważna sprawa. Problem w tym, że nie posiadająca definicji ustawowej.

Jak to się stało, że zarówno zamawiający, wymuszając na UZP precyzję przepisów, jak i kolejne rządy starające się wyjść naprzeciw tym oczekiwaniom pomijali tę kwestię. Pzp reguluje precyzyjnie nieistotne kwestie proceduralne i jednocześnie posługuje się kluczowym pojęciem, którego znaczenie jest nieokreślone?

CO TO JEST UCZCIWA KONKURENCJA?

Niektórzy kpią sobie z tej zasady: co to jest uczciwa konkurencja? Uczciwość to ważna rzecz w bajkach dla dzieci, może w przykazaniach – ale jak zadekretować ją w ustawie ? Jakie skutki użycia tak enigmatycznego i różnie rozumianego pojęcia? Skutkiem jest to, że zamawiający nigdy nie może być pewny, że to co robi jest legalne, że nie zostanie podważone przez kogoś, kto inaczej rozumie uczciwą konkurencję, co oznacza, że praca w zamówieniach publicznych to ciągłe chodzenie po polu minowym. A nabywcy publiczni dzielą się na tych, co już wylecieli, właśnie wylatują, lub wylecą w przyszłości (szczęśliwie nie chodzi tu o utratę życia, a nawet pracy, lecz o przegrany arbitraż, naruszenie dyscypliny finansów publicznych, korektę finansową i inne nieprzyjemne konsekwencje).

Zacznijmy od konkurencji „bezprzymiotnikowej” wszak dyrektywa posługując się czasem pojęciami konkurencji uczciwej, czy efektywnej najczęściej mówi o konkurencji po prostu.

Konkurencja to proces rywalizacji podmiotów rynkowych o klientów i rynki („Encyklopedia zarządzania”). Definicja posługuje się liczbą mnogą co jest oczywiste - nie ma konkurencji, gdy jeden podmiot ubiega się o zamówienie. Jeśli tak, to mamy problem: połowa zamówień publicznych w Polsce jest niekonkurencyjna, nie polega na procesie rywalizacji wykonawców o klienta. Optymiści bagatelizują ten problem stwierdzając, że chodzi o to, aby zamawiający zapewnił wykonawcom możliwość rywalizacji, a to czy wykonawcy z tego korzystają jest sprawą drugorzędną. Zamawiający nie będzie przecież zmuszał wykonawców do składania ofert (niektórzy mogą jednak pamiętać zalecenia wysokich władz co do zmuszania notariuszy do udziału w postępowaniach). Realiści mówią, że to jednak najlepszy wskaźnik kondycji systemu zamówień publicznych, którego założeniem jest chęć konkurowania wielu wykonawców o zamówienie. Bez tego wszystkie wysiłki zamawiającego są nic nie warte. Jeśli tylko jeden wykonawca może złożyć ofertę, musi się to skończyć brakiem efektywności wydatków.

Może kluczowym rozróżnieniem jest nie liczba ofert, lecz liczba potencjalnych wykonawców, którzy mogli złożyć oferty?

Czyli złą jest sytuacja, w której określony wykonawca może być pewny, że tylko on może złożyć odpowiednią ofertę jeszcze przed jej złożeniem. Niekoniecznie. Przez długie lata UZP głosił, że nie ma podstaw do unieważnienia postępowania dwuetapowego (PD, NzO, DK) w sytuacji, gdy do udziału został zakwalifikowany tylko jeden wykonawca. Obecna ustawa pozwala, co prawda unieważnić takie postępowanie na etapie prekwalifikacji, acz nie wymusza tego. Zamawiający kiedyś musiał, a obecnie może zaprosić do składania ofert jednego wykonawcę znajdującego się na krótkiej liście. Już na tym etapie wiadomo, że ofertę może złożyć tylko jeden wykonawca a nikt nie twierdzi, że dochodzi tu do naruszenia konkurencji.

Ile jest przetargów nieograniczonych, w których ofertę odpowiednią może złożyć tylko jeden wykonawca? Pewnie sporo, zamawiający obawiają się zamówień z wolnej ręki, które są pod szczególną kontrolą (słusznie), więc często ogłaszają przetarg, którego rezultat jest przesądzony przed ogłoszeniem. Jeśli jest to zrobione inteligentnie może przejść bez zarzutów.

Może warto postawić pytanie odwrotne: wpłynięcie ilu ofert jest dowodem konkurencyjności postępowania? Wystarczą dwie, co sugeruje liczba mnoga użyta w definicji konkurencji? Może trzy, o czym jest w komentarzach KE do dyrektyw? Bo chyba nie wszyscy chętni, co stwierdza nawet komentarz UZP. Liczba trzy wydaje się istotnym progiem, co jednak należy rozumieć jedynie jako pewną wytyczną: jeśli nie ma trzech ofert, to raczej źle, jeśli są trzy to raczej dobrze – z naciskiem na „raczej”. Brak trzech ofert nie przesądza, że postępowanie jest niekonkurencyjne a wpłyniecie trzech nie przesądza, że jest konkurencyjne - choć słyszałem z pierwszej ręki, że w Bułgarii, Rumunii i Chorwacji wybór oferty najkorzystniejszej spośród trzech nieodrzuconych traktowany jest jako zachowanie wystarczającej konkurencji skutkujące co do zasady brakiem korekt finansowych – ciekawe dlaczego w Polsce nie można ustalić takich przejrzystych zasad? U nas zawsze może czwarty, piąty, a nawet dziesiąty podnosić zarzuty: cóż z tego, że trzech czterech, a nawet dziewięciu innych może złożyć ofertę? – ja też bym chciał. I KIO to chwyta. UZP też potrafi postawić zarzut ograniczenia konkurencji w postępowaniu, w którym wpłynęło 7 ofert złożonych łącznie przez 10 wykonawców (niektórzy w konsorcjach) – w imię jakich wartości?

Skoro nie wiadomo co to jest konkurencja, to tym mniej wiadomo o tym, co to jest konkurencja uczciwa. Brak definicji wypełnia orzecznictwo wskazujące przypadki naruszenia zasady uczciwej konkurencji, z którego coś wynika, aczkolwiek zwykle znaleźć można wyroki przeciwne.

OPIS PRZEDMIOTU ZAMÓWIENIA

Ustawa zakazuje opisu przedmiotu zamówienia, który mógłby utrudniać uczciwą konkurencję (art. 99 ust. 4). Przepis jest szczególnie enigmatyczny. Nie chodzi o wyeliminowanie konkurencji, a nawet utrudnienie konkurencji, wystarczy, że opis „mógłby utrudniać uczciwą konkurencję”. Odwołujący nie musi wykazywać, że brak konkurencji (tylko jeden produkt może być zaoferowany lub tylko jeden wykonawca może złożyć ofertę), że ograniczono konkurencję do kilku produktów/wykonawców (ilu? – wystarczy, że OPZ mógłby utrudniać uczciwą konkurencję.

Tymczasem każdy opis przedmiotu zamówienia ogranicza konkurencję i prowadzi do uprzywilejowania lub wyeliminowania niektórych wykonawców lub produktów.

Załóżmy, że zamawiający chce kupić samochód. Czy samo wymaganie pojazdu 4-kołowego nie jest ograniczeniem konkurencji? Pojazdy 3-kołowe również potrafią zapewnić możliwość przemieszczania się, są bardzo zwrotne i potrafią być ładowne (wielu widziało zapewne ciężarówki trójkołowe jeżdżące po wąskich uliczkach włoskich miast). A napęd na tylne koła? Jeśli wolno określić takie wymaganie, jesteśmy blisko wyboru bardzo dobrego samochodu! Nie wolno? A napęd na przednie koła wolno? Pewnie też nie. A silnik Diesla?, a benzynowy? Ledwo zaczęliśmy opisywać przedmiot zamówienia a już napotykamy wątpliwości co do możliwości utrudnienia uczciwej konkurencji. Co będzie, gdy zaczniemy opisywać moc, przyspieszenie, gabaryty, poduszki itp. Ostatnio widziałem kontrolę, która z pełną stanowczością żądała uzasadnienia poszczególnych parametrów samochodu, np. po co zamawiającemu prędkość maksymalna co najmniej 240 km/h skoro nie można legalnie poruszać się samochodem z taką prędkością.

Szczęśliwie, mimo braku podstawy prawnej, KIO pozwala ograniczać konkurencję i eliminować niektórych wykonawców lub produkty w sytuacji uzasadnionych potrzeb zamawiającego. Swoją drogą najwyższy czas wpisać do ustawy pojęcie „sztucznego” ograniczania konkurencji używane w dyrektywach lub, jeszcze lepiej, dodać zastrzeżenie „chyba, że jest to uzasadnione obiektywnymi potrzebami zamawiającego” lub podobne.

Problem konkurencyjnego OPZ polegać powinien nie tyle na liczbie potencjalnych wykonawców, co na uzasadnieniu poszczególnych wymagań. Jeśli zamawiający każde z nich potrafi uzasadnić obiektywnymi potrzebami, w konsekwencji może ograniczyć konkurencję do jednego wykonawcy lub produktu. Jeśli nie potrafi – może przyjść dziesiąty i podważyć OPZ.

KRYTERIA OCENY OFERT

Rozwiązaniem powinno być stosowanie odpowiednich kryteriów oceny ofert. Jeśli zamawiający nie potrafi wykazać konieczności jakiegoś parametru czy funkcji, powinien je określić raczej jako kryteria oceny ofert, niż jako element OPZ.

Wszystkie elementy OPZ powinny być zbadane pod kątem konieczności: czy jest to wymaganie, którego spełnienie jest konieczne dla uzyskania uzasadnionej obiektywnymi potrzebami funkcjonalności, czy jest to element niekonieczny, acz podnoszący funkcjonalność, trwałość, komfort itp. Wszystkie wymagania niekonieczne powinny jako preferowane być przesunięte do kryteriów oceny ofert, których niespełnienie nie przesądza o niemożności złożenia oferty, również oferty najkorzystniejszej.

Tymczasem podstawową strategią wyboru oferty najkorzystniejszej jest „najtańsze spośród spełniających OPZ”. Kryteria pozacenowe nie mają zwykle żadnego związku z jakością przedmiotu zamówienia i najczęściej nie wpływają na wybór.

Jestem przekonany, że naruszenie uczciwej konkurencji następuje nieskończenie częściej poprzez przemycanie do OPZ niekoniecznych wymagań, niż przez stosowanie kryteriów pozacenowych odnoszących się do jakości przedmiotu zamówienia. I wciąż nie rozumiem dlaczego tak wielu tego nie rozumie.

OBIECANKI-CACANKI

Im gorsza firma, tym łatwiej obiecuje coraz więcej. Na zasadzie, że jakoś to będzie, jak wygramy to się będziemy martwić. Im lepszy wykonawca, tym lepiej analizuje warunki zamówienia i przeprowadza analizę ryzyka.

Ustawa wymaga, co prawda, aby kryteria oceny ofert umożliwiały weryfikację informacji przedstawianych w ofertach (art. 240 ust. 2 Pzp), ale kto się tym przejmuje? Królują nieweryfikowalne kryteria w stylu termin realizacji. Nawet GDDKiA stosowała przez jakiś czas kryteria podsunięte jej przez sławny zespół ekspertów: równość i szorstkość. Na pierwszy rzut oka: OK. Jednak jak to było przez wykonawców dokumentowane? W ogóle – należało tylko postawić krzyżyk w jednej z kratek formularza oferty. Taki quiz. Tylko w pierwszym przetargu tylko jeden wykonawca zaoferował mniej, niż maksimum (to był najbardziej wiarygodny wykonawca). Następnie wszyscy zaznaczali wartość dającą najwięcej punktów, a po kilku tatach zamawiający zrezygnował z tych kryteriów „bo się nie sprawdziły”. Nie trzeba się z tego doktoryzować, aby wiedzieć, że takie podejście to katastrofa.

Wielu czyta przewrotnie ten przepis jako umożliwiający weryfikację poprawności oceny ofert dokonywanej przez zamawiającego – a tego przecież tam nie ma.

Z drugiej strony słyszę ostatnio o wyroku KIO, który podważył kryterium „SLA” jako nie umożliwiające weryfikacji informacji zawartych w ofertach. To przegięcie w drugą stronę: są, oczywiście, kryteria oparte o zasadę ryzyka, których nie da się zweryfikować. Tym ważniejsze w ich przypadku jest dopuszczenie do udziału tylko wiarygodnych wykonawców, którzy nie obiecują gruszek na wierzbie.

Co do zasady jednak, poza uzasadnionymi sytuacjami, opieranie się na nieweryfikowalnych ofertach stanowi promocję słabych firm i naruszenie zasad uczciwej konkurencji.

PODZIAŁ ZAMÓWIENIA

Naruszenie zasady uczciwej konkurencji może nastąpić poprzez sztuczną komasację zamówień, nieuzasadnione łączenie różnych świadczeń w ramach jednego zamówienia. Im szerszy zakres zamówienia, tym mniej wykonawców może je wykonać. Jest to rażące działanie przeciwko interesom małych i średnich przedsiębiorstw.

Tymczasem organa kontroli ścigają prawdziwe i fikcyjne dzielenie zamówień, w praktyce wymuszając ich komasację (pisałem o tym w tekście „W pogoni za zdrowym rozsądkiem, czyli łączenie i dzielenie zamówień wg NIK”. Zamawiający chcąc ustrzec się przez zarzutami masowo naruszają zasadę uczciwej konkurencji (oraz politykę zakupową państwa) łącząc niepodobne dostawy i nietożsame usługi. I nikt nie widzi w tym problemu!

Z drugiej strony, mamy dziwną sugestię w motywie 78 preambuły dyrektywy klasycznej wskazujący na możliwość uzasadnienia braku podziału zamówienia na części ograniczeniem konkurencji. Wydaje się, że ogranicza konkurencję raczej nadmiernie szeroki zakres zamówienia, niż jego podział na części.

KONKUROWANIE Z PARTACZAMI

Rzetelny wykonawca nie jest w stanie konkurować z partaczami. To nie jest uczciwa konkurencja.

Na rynku zamówień publicznych zadomowiło się sporo wykonawców nie mających na celu należytego wykonywania zamówień, lecz zarabianie pieniędzy poprzez oszukiwanie zamawiającego, podwykonawców i pracowników. Składają niskie oferty, a potem na wszystkim oszczędzają. Nikt ci tyle nie obieca, co partacz w swojej ofercie i nikt cię tak nie zawiedzie, jak dokładnie ta sama firma zaraz po zawarciu umowy.

Ustawa zawiera narzędzia umożliwiające zachowanie uczciwej konkurencji poprzez wykluczenie partaczy (art. 109 ust. 1 pkt 5 i 7 Pzp). Problem w tym, że są to podstawy fakultatywne, co oznacza, że ustawodawca dopuszcza wprost naruszenie uczciwej konkurencji poprzez dopuszczenie do postępowania wykonawców, którzy nie wykonali wcześniejszego zamówienia. Drugim problemem jest to, że niektórzy doradcy odradzają stosowanie fakultatywnych podstaw wykluczenia, bo może to skomplikować i przedłużyć postępowanie, co oznacza, że w imię szybkości doradzają naruszenie zasady uczciwej konkurencji. Koszmar. A wielu zamawiających idzie tą drogą.

Uważam, że w celu zagwarantowania uczciwej konkurencji przesłanki wykluczenia partaczy powinny być obowiązkowe. A póki co zamawiający w trosce o uczciwą konkurencję powinni je standardowo stosować.

KONKUROWANIE Z KŁAMCAMI

To samo należy stwierdzić o kłamcach. Wprowadzanie w błąd zamawiającego to oczywisty przejaw nieuczciwej gry. Grozi za to nie tylko wykluczenie z postępowania, ale i kara więzienia (art. 297 kk).

Niestety, przesłanki wykluczenia kłamców są fakultatywne (art. 109 ust. 1 pkt 8 i 10 Pzp), a przypadki skazania za wyłudzenie zamówienia poprzez przedłożenie nierzetelnych informacji nader rzadkie. Czyżby nikomu nie zależało na ochronie zasady uczciwej konkurencji.

Zamawiający, po pierwsze, powinni zawsze stosować te przesłanki wykluczenia (a wniosek de lege ferenda jest, aby przenieść je do art. 108), powinni z pełną powagą podchodzić do weryfikacji prawdziwości oświadczeń i o każdym naruszeniu zawiadamiać odpowiednie organa. Organy te natomiast nie powinny umarzać postępowań z powodu „znikomej szkodliwości społecznej”, gdyż szkodliwość naruszenia zasady uczciwej konkurencji jest znaczna.

WARUNKI UDZIAŁU

Oczywiste jest, że zbyt wysokie warunki udziału w postępowaniu ograniczają konkurencję. Zamawiający, bojąc się zarzutów, obniżają więc warunki, a nawet rezygnują z nich.

Oczywiste powinno być, że łamią w ten sposób ten sam przepis ustawy (112 ust. 1), który wymaga określenia warunków udziału w postępowaniu w sposób umożliwiający ocenę zdolności wykonawcy do należytego wykonania zamówienia. Problem w tym, że skuteczne zakwestionowanie zbyt niskich warunków udziału w KIO jest niemal niemożliwe (słyszałem o jednym wyroku), a takie zarzuty kontroli są absolutną rzadkością (znam dwa przypadki).

Moim zdaniem znacznie częściej dochodzi do naruszenia uczciwej konkurencji poprzez zaniechanie stawiania odpowiednich, proporcjonalnych warunków, niż przez ich zawyżanie.

Dlaczego zbyt niskie warunki naruszają uczciwą konkurencję? Dlatego, ze zmuszają firmy wiarygodne do konkurowania ceną z firmami-teczkami. Powinno być oczywiste, że wykonawca doświadczony to nie to samo, co żółtodziób, wykonawca posiadający zaplecze techniczne jest bardziej wiarygodny od tego, który ma tylko teczkę, wykonawca zatrudniający personel na umowę o pracę zasługuje na większe zaufanie od tego, który skrzykuje ekipę pod pojedyncze zamówienie, wykonawca mający środki finansowe prędzej wykona zamówienie, niż ten, który ma tylko długi itp., itd. Jeśli zamawiający stawia warunki na zbyt niskim poziomie, to nie może o takie zamówienia realnie ubiegać podmiot znacznie je przewyższający.

To znaczy: formalnie może, ale koszty utrzymywania sprzętu, ludzi, ISO i inne związane z prowadzeniem działalności na wysokim poziomie są tak duże, że firma-krzak zawsze będzie tańsza. To nie jest uczciwa konkurencja.

ZAPYTANIA OFERTOWE

Bardzo wyraźnie widać to przy procedurach bez ogłoszenia, gdy zamawiający zaprasza wybranych wykonawców do składania ofert (kiedyś było to zapytanie o cenę, dziś niemal niestosowane negocjacje bez ogłoszenia, a przede wszystkim różne zapytania ofertowe podprogowe). Zawsze zwraca się uwagę na liczbę zapytanych o ofertę, a tym czasem nie tylko liczba ma znaczenie.

Ciekawe kto złoży najkorzystniejszą ofertę jeśli zapytać: trzy sklepy i hurtownię?, trzech wykonawców z Warszawy i jednego ze ściany wschodniej?, trzech przedstawicieli marek premium i jednego „chińczyka”? Wszystkie tego typu działania stanowią rażące naruszenie zasady uczciwej konkurencji, wynik postępowania jest przesądzony przed jego rozpoczęciem.

PREKWALIFIKACJA

Rozwiązaniem problemu zachowania konkurencyjności i jednoczesnego doboru najlepszych wykonawców jest prekwalifikacja stosowana w trybach dwustopniowych (PO, NzO i DK). Analogicznie do OPZ: część wymagań może być postawiona na minimalnym poziomie, a część w postaci kryteriów selekcji, co umożliwia dopuszczenie do udziału najlepszych wykonawców.

Problem w tym, że tryby te nie są stosowane (analogicznie, jak kryteria jakościowe) i jedyną strategią stosowaną w praktyce jest wybór najtańszej oferty złożonej przez wykonawcę spełniającego minimalne warunki udziału w postępowaniu (oferującego produkty spełniające wymagania OPZ). Jest to strategia naruszająca zasady uczciwej konkurencji. Po pierwsze, każdy wykonawca nie spełniający warunków udziału w postępowaniu jest wykluczony, nawet, jeśli do spełnienia warunków niewiele mu brakuje a wszyscy wykonawcy spełniający warunki są traktowani jednakowo – mimo, ze niektórzy spełniają je ledwo-co, a inni wielokrotnie przewyższają.

Najlepiej spełniającymi zasadę uczciwej konkurencji, zwłaszcza w przypadku niestandardowych zamówień (strategiczne i wąskie gardła) są tryby z prekwalifikacją, które pozwalają na rozróżnienie wykonawców lepszych i gorszych w sposób stopniowalny, a nie na zasadzie „spełnia – nie spełnia”. Nie rozumiem dlaczego tak niewielu to rozumie.

KONKUROWANIE Z PODGLĄDACZAMI

Uczciwa konkurencja polega na tym, aby każdy wykonawca przygotowywał swoją ofertę samodzielnie i nie miał możliwości podglądania ofert konkurencji. Wyraźnie wskazał na to TSUE w wyroku C 54/21, o czym szeroko pisałem w tekście „Tajemnica nad jawnością” Ochrona tajemnicy przedsiębiorstwa ma kluczowe znaczenie dla zachowania zasady uczciwej konkurencji.

Polska praktyka udostępniania ofert konkurencji stanowi rażące naruszenie zasady uczciwej konkurencji. Inne firmy podglądają oferty nie tylko w celu weryfikacji poprawności oceny ofert dokonanej przez zamawiającego (a nie od tego są konkurenci, najbardziej stronniczy ze wszystkich potencjalnych kontrolujących, gdyż osobiście zainteresowani w podważaniu decyzji zamawiającego). Robią to również w celu implementacji zaoferowanych i najwyżej ocenionych przez zamawiającego rozwiązań w przyszłych zamówieniach. Widzieliśmy to kiedyś, gdy częściej były stosowane kryteria (zarówno oceny ofert, jak i selekcji) niewymierne bez należytej ochrony tajemnicy przedsiębiorstwa. Obecnie (od wielu lat) praktyka ta skutecznie zniechęciła najlepsze firmy do zamówień publicznych, co potępia TSUE w swoich wyrokach.

Nie mam wątpliwości, że brak skutecznej ochrony tajemnicy przedsiębiorstwa stanowi rażące naruszenie zasady uczciwej konkurencji. Nie wiem jednak jak to zmienić, wszak przepisy prawa, w tym orzeczenia TSUE stanowiące źródło prawa UE są jednoznaczne – a mimo to się w Polsce nie przyjęły.

CENY DUMPINGOWE

Oferowanie cen dumpingowych jest przejawem nieuczciwej konkurencji, o którym mowa w art. 15 ust. 1 ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji: „czynem nieuczciwej konkurencji jest utrudnianie innym przedsiębiorcom dostępu do rynku, w szczególności przez: 1) sprzedaż towarów lub usług poniżej kosztów ich wytworzenia lub świadczenia albo ich odprzedaż poniżej kosztów zakupu w celu eliminacji innych przedsiębiorców”.

Ceny dumpingowe to jednak co innego niż rażąco niskie ceny, o których mowa w Pzp, a w szczególności w orzecznictwie. Jestem gorącym przeciwnikiem przymusu badania rażąco niskich cen, a w szczególności definicji rnc jako 30% niższej od średniej lub budżetu. Uważam, że należy skreślić art. 224 ust. 2 Pzp i poprzestać na zwalczaniu cen dumpingowych (jak to dawniej było).

UCZCIWE UMOWY

Przez lata panował pogląd, że PPU nie mogą naruszać zasad równego traktowania i uczciwej konkurencji, gdyż dla wszystkich są takie same. Niezależnie od tego kto uzyska zamówienie, będzie musiał realizować je na tych samych zasadach. To jednak duże uproszczenie.

Była już mowa o tym, że słabe firmy nie dokonują analizy ryzyka i nie uwzględniają ryzyka w cenach swoich ofert (jakoś to będzie), co skutkuje niemożnością uzyskania zamówienia przez wiarygodnych wykonawców (zawsze są drożsi). Jest to szczególnie ważne w zakresie postanowień umowy (słabe firmy potrafią nie zajrzeć do PPU przed złożeniem ofert, a nawet przed zawarciem umowy).

Im więcej ryzyk przypisanych wykonawcom, tym większe rozbieżności między cenami ofert partaczy i wiarygodnych firm. Zamawiający chcąc zagwarantować uczciwą konkurencję powinien dążyć do nie przerzucania nadmiernego ryzyka na wykonawców, aby nie prowokować sytuacji, w której istotną częścią ceny rzetelnych wykonawców będzie premia/marża za ryzyko.

To tylko kilka nieuczesanych myśli. Przydałaby się jakaś poważna publikacja o zasadzie uczciwej konkurencji (jeśli ktoś zna taką, proszę o info).

Powyższy tekst ukazał się na łamach Miesięcznika Zamówenia Publiczne. Doradca.

Autor: Dariusz KOBA

Czytaj dalej...
  • Czytany: 716 razy

Przymus badania rażąco niskich cen został wprowadzony w celu zwiększenia efektywności zamówień publicznych, w szczególności unikania wyboru ofert z najniższą ceną – podobnie jak przymus stosowania kryteriów pozacenowych. Cel szlachetny. Tyle, że lekarstwa okazały się nieskuteczne (kryteria) i gorsze od choroby (rnc). To, co się dziele w polskich zamówieniach w zakresie rnc to jakiś koszmar.

Po pierwsze, w całej masie przetargów wybór najniższej ceny to bardzo dobra strategia. Nawet w Skandynawii, gdzie chyba najczęściej stosowane są kryteria pozacenowe, ok. 1/3 przetargów ogłaszanych jest wg formuły cena – 100%. W Polsce mniej. Brawo – prześcignęliśmy Skandynawów?

Po drugie, poziom oferowanych cen zależy od stanu gospodarki: w okresach zastoju, dekoniunktury firmy są gotowe na mniejsze zyski, a nawet straty, które są lepszym wyborem, niż likwidacja działalności.

Po trzecie, jeśli zamawiający naprawdę nie chce niskich cen – może to przekazać wykonawcom określając odpowiednie kryteria pozacenowe.

SCHIZOFRENICZNY MODEL ZWALCZANIA RAŻĄCO NISKICH CEN

Najpierw zamawiający ogłasza przetarg, w którym wiadomo, że wygra najtańszy. Albo cena jest jedynym kryterium, albo – częściej – są pozorne kryteria pozacenowe, o których z góry wiadomo, że wszyscy zaoferują maxa i wygra najtańszy.

Na marginesie: właśnie usłyszałem od merytorycznych pracowników jednego z zamawiających z długą tradycją (bo nie mogę powiedzieć: doświadczonych), że zamówienia odrzucą strategię wyboru najniższej ceny w prostym przetargu na budowę według dokumentacji projektowej „bo trzeba się będzie tłumaczyć”.

Czy to jest naprawdę aż taki problem napisać, że „wymagania jakościowe odnoszące się do co najmniej głównych elementów składających się na przedmiot zamówienia zostały określone w dokumentacji projektowej i STWiORB”? Aż taki problem, że trzeba dodawać śmieszne, głupie i nie mające wpływu na wynik kryteria pozacenowe o wadze 40%?

Wykonawcy czytają warunki zamówienia i dostosowują się. Skoro zamawiający chce najtaniej, to tniemy budżet, optymalizujemy rozwiązania, szukamy najtańszych klamek, które da się nazwać klamkami itp. Oferujemy możliwie najniższą cenę. Następnie zamawiający oburza się, że to za tanio! Każe się tłumaczyć z rnc i odrzuca ofertę wykonawcy, który najlepiej wykonał zadanie przez niego narzucone.

Prym w tej praktyce wiedzie największy polski zamawiający. W ramach wyjaśniania rnc potrafi wysłać wykonawcom kilkanaście stron pytań w stylu: skąd weźmiecie kruszywo? Którędy będzie dostarczane? Gdzie składowane? – i wiele podobnych.

To są bardzo dobre pytania. Pokazują, że zamawiający wie, jak powinien być zorganizowany proces inwestycyjny, gdzie są ryzyka i jak powinny być mitygowane. Problem w tym, że pytania te powinny być zadane wszystkim wykonawcom w specyfikacji warunków zamówienia i wszyscy oni powinni na nie odpowiedzieć w ofertach, a zamawiający powinien te odpowiedzi oceniać w ramach kryteriów pozacenowych. To byłaby dobra praktyka. Przejrzyste reguły gry. Wykonawcy mieliby odpowiedni, gwarantowany ustawowo czas na przygotowanie merytorycznej oferty.

Tymczasem zamawiający wymaga złożenia króciuteńkiej oferty, w której jest tylko cena rzędu wieluset milionów złotych, a gdy cena odbiega (…) – wtedy wzywa do wyjaśnienia rnc dając wykonawcy tydzień-dwa, a następnie analizuje wyjaśnienia, aby znaleźć niespójność między stwierdzeniem zawartym w trzecim akapicie na stronie 12, a tekstem ostatniego zdania akapitu drugiego od dołu na stronie 78. Nie przestaję się dziwić dlaczego wykonawcy poddają się tej tresurze (a KIO to, oczywiście, akceptuje).

Udział w zamówieniach publicznych to gra w oczko – wygrywa najtańszy, lecz nie rnc.

Nie trzeba mieć specjalnych kompetencji, trzeba mieć szczęście. To może lepiej losować? Byłoby szybciej, przejrzyściej i nie głupiej.

Na marginesie: podobno Napoleon zadawał swoim generałom tylko jedno kluczowe pytanie: czy Pan ma szczęście? Bo wykształcenie, doświadczenie, majątek można zdobyć – a szczęście się ma lub nie. Na pewno lepiej wybrać wykonawcę, który ma szczęście, niż pechowca. Tylko dlaczego zamawiający nie napisze tego otwartym tekstem w specyfikacji?

RYCZAŁT ZGODNY Z KOSZTORYSEM

GDDKiA w ramach wyjaśniania rnc zadaje przynajmniej sensowne pytania, które stanowią taką „grę na inteligencję”. Wykonawca, który się spieszy (nie przemyślał wcześniej wszystkich aspektów), jest niechlujny / nieuważny / niestaranny (to też wady potencjalnego wykonawcy) przegrywa tę grę.

Gorzej w przypadku większości innych zamówień na roboty budowlane z ceną ryczałtową. W ramach wyjaśniania rnc zamawiający żądają kosztorysu. I KIO na to pozwala. A to kolejny objaw schizofrenii. Cena ryczałtowa musi obejmować ryzyka związane z robotami dodatkowymi. Nawet, jeśli wykonawca zaczyna kalkulację ceny ryczałtowej wypełniając kosztorys ofertowy na podstawie udostępnionego przez zamawiającego przedmiaru – co, uważam, nie jest dobrą praktyką, nawet, jeśli zamawiający podkreśla, że przedmiar jest udostępniany wyłącznie w celach informacyjnych i jest niewiążący – to przecież cena ryczałtowa nie wynika z kosztorysu ofertowego.

Jeśli kosztorys ofertowy sumuje się np. na 100, wykonawca musi założyć najbardziej prawdopodobną wartość robót dodatkowych. Wszak: przyjmujący zamówienie nie może żądać podwyższenia wynagrodzenia, chociażby w czasie zawarcia umowy nie można było przewidzieć rozmiaru lub kosztów prac (art. 532 § 1 Kc). Powiedzmy, że wykonawca dodaje 20% i otrzymuje cenę ryczałtową 120. Zamawiający żądając wyjaśnienia rnc poprzez przedstawienie kosztorysu ofertowego oczekuje, że kosztorys będzie się sumował do ceny ryczałtowej, czyli 120. Jeśli wykonawca ma kosztorys sumujący się na 100, musi zawyżyć ceny kosztorysowe w taki sposób, aby wyjść na kwotę 120.

To są nieprawdziwe ceny. Jeśli ceny z tego kosztorysu są następnie używane do rozliczania umowy (płatności częściowe, roboty zaniechane, zamienne, wynagrodzenie przy odstąpieniu od umowy itp.) – są to fałszywe, zawyżone ceny jednostkowe. I wszyscy udają, że to jest w porządku! Czy tylko ja propaguję „zamówienia publiczne inaczej” (będę wdzięczny za każdy głos wyrażający choćby zrozumienie tego problemu).

Nie tylko moim zdaniem, jeśli zamawiający oczekuje ceny ryczałtowej, nie może żądać kosztorysu. Janusz Dolecki uzyskał nawet taki wyrok, bodaj w Sądzie Okręgowym w Krakowie. Tylko, że to było dawno temu, w czasach, gdy dla wielu/większości było oczywiste, iż zdanie „wynagrodzenie ryczałtowe zgodne z kosztorysem” to oksymoron, który może występować w poezji, nie w zamówieniach publicznych. A ja widziałem znów kilka dni temu przerażenie w oczach jednego z kursantów w tym miejscu szkolenia.

PRAWO ZAMAWIAJĄCEGO

Co do zasady, zamawiający powinien mieć swobodę w podjęciu decyzji o badaniu rnc. Wszak to jego ryzyko w przyjęciu niskiej oferty, to on ryzykuje, że wykonawca nie wykona należycie zamówienia za określoną cenę. Powinien mieć prawo podjąć takie ryzyko – i nic nikomu do tego.

W szczególności konkurencyjne firmy nie mogą mieć prawa do wmawiania zamawiającemu, że powinien się niepokoić i powziąć wątpliwości. Art. 224 ust. 1 słusznie przewiduje wyjaśnianie rnc „jeżeli zaoferowana cena lub koszt, lub ich istotne części składowe, wydają się rażąco niskie w stosunku do przedmiotu zamówienia lub budzą wątpliwości zamawiającego co do możliwości wykonania przedmiotu zamówienia zgodnie z wymaganiami określonymi w dokumentach zamówienia lub wynikającymi z odrębnych przepisów”.

Wbrew twierdzeniom wielu, należy uznać, że zarówno wątpliwości, jak i „wydają się” odnosi się do stanu świadomości zamawiającego. To zamawiającemu cena ma się wydawać rażąco niska i ma budzić jego wątpliwości.

W tej sytuacji jakiekolwiek twierdzenia konkurencji, że innym wykonawcom ta cena wydaje się rażąco niska i powinna budzić wątpliwości zamawiającego są absurdalne. KIO powinno je wyśmiać. A tymczasem słucha tych głupot z pełną powagą. Inni wykonawcy są ostatnią instancją, która mogłaby się wypowiadać na ten temat (podobnie, jak są najmniej kwalifikowanym podmiotem do kontrolowania zamawiającego). Wykonawcy są najbardziej zainteresowani rozstrzygnięciem – konflikt interesów bije po oczach. Wara konkurencji od decyzji zamawiającego o badaniu rnc.

Również KIO nie może mieć kompetencji zmuszenia zamawiającego do odrzucenia oferty z rnc. To nie są pieniądze KIO. To nie projekty KIO. Jakim prawem KIO zmusza dysponenta środków publicznych do poniesienia wyższych wydatków? Nie może mieć takiego prawa. To zamawiający odpowiada za środki publiczne, za przestrzeganie zasad finansów publicznych, to zamawiający odpowiada za dyscyplinę. Zamawiający ma zrealizować projekt.

Ciekawe, że KIO nie troszczy się o zapewnienie należytego wykonania zamówienia poprzez powierzenie go odpowiednio kwalifikowanemu wykonawcy. Ustawa wymaga, aby warunki udziału w postępowaniu umożliwiały ocenę zdolności wykonawcy do należytego wykonania zamówienia (art. 112 ust. 1 Pzp). Oznacza to, ze zamawiający jest zobowiązany określić warunki, które pozwolą na wykluczenie wykonawcy niezdolnego do należytego wykonania zamówienia, np. nie dysponującego ludźmi, sprzętem, pieniędzmi niezbędnymi do należytego wykonania.

Tymczasem jakiekolwiek próby zaskarżenia zbyt niskich warunków lub ich braku kończą się przegraną w KIO, która stwierdza – wbrew temu przepisowi – że zamawiający nie ma obowiązku badania potencjału wykonawcy. Pamiętam jedną ze spraw: zamawiający w przetargu na nadzór nad budową autostrady postawił warunek doświadczenia inspektora nadzoru robót drogowych taki, że ktoś, kogo największym osiągnięciem było nadzorowanie budowy parkingu przy centrum handlowym spełniał warunek. Jeden z wykonawców nie wytrzymał i wniósł odwołanie. A KIO go wyśmiała.

To bardzo ciekawe, że KIO nie troszczy się o należyte kwalifikacje wykonawcy, a uzurpuje sobie rozstrzyganie, czy zaoferowana cena jest odpowiednia.

KIO OCENIA WYJAŚNIENIA, A NIE CENĘ

To właściwie nieprawda: KIO nie ocenia, czy zaoferowana cena umożliwia wykonanie zamówienia. Sprawdza tylko, czy wyjaśnienia są przekonujące.

Po pierwsze, jest to kolejny spór zastępczy, o formę, nie o treść, spór nie o zawartość, tylko o opakowanie. Po drugie, jeśli zamawiający ma swobodę w pytaniu, musi mieć również swobodę w ocenie wyjaśnień. I tak, jak nikomu nie wolno wpierać zamawiającemu, że powinien mieć wątpliwości – tak nikomu nie wolno twierdzić, że otrzymane wyjaśnienia nie powinny jego wątpliwości rozwiać. Wara wszystkim od tego.

Jedynym sporem, który mógłby zawisnąć przed KIO jest odwołanie wniesione przez wykonawcę, którego wyjaśnień nie uwzględnił zamawiający. Tylko w takim przypadku KIO powinna sprawdzić, czy decyzja zamawiającego ma przekonujące uzasadnienie i czy prawa wykonawcy w dostępie do zamówienia nie zostały naruszone.

Mniejszy problem, gdy KIO stosuje zasadę „jakie pytanie – taka odpowiedź”. Na pytanie o rnc będące cytatem z ustawy, co należy czytać „co tak tanio?”, wykonawca ma prawo odpowiedzieć „będzie pan zadowolony”. Gorzej z orzeczeniami, podobno potwierdzonymi ostatnio przez Wysoki Sąd (dlaczego znów takie rozczarowanie), że niezależnie od pytania wykonawca zobowiązany jest opowiedzieć wszystko co wie, o czy myślał przy kalkulacji ceny i dlaczego nie myślał o czymś innym itp., itd.

Pamiętam, jak przyłapano wykonawcę oferującego usługi całorocznego utrzymania dróg na tym, że nie wykazał kosztów mycia samochodów patrolowych. Choć posługuję się w moich tekstach frywolnym językiem (takie dostałem pozwolenie od naczelnego) – nie napiszę co myślę o takich zarzutach / rozprawach / wyrokach.

Należy koniecznie usunąć ustęp 2 z artykułu 224, a ustęp pierwszy przeformułować tak, aby nie było wątpliwości, że pytanie o rnc jest prawem, nie obowiązkiem zamawiającego. Tak samo należy usunąć przymus stosowania kryteriów pozacenowych, gdyż nawet w obecnej, okrojonej formie podważa powagę ustawy, skutkuje powszechnym obchodzeniem prawa i ośmieszaniem się zamawiających.

TAJEMNICA PRZEDSIĘBIORSTWA

Do problemu wyjaśnień rnc należy dodać problem tajemnicy przedsiębiorstwa. Oczywistym powinno być, że każde sensowne wyjaśnienie wychodzące choćby niewiele poza ogólniki, a tym bardziej jakiekolwiek wyliczenia, dane kontrahentów, oferty podwykonawców itp., powinno być chronione jako tajemnica przedsiębiorstwa. Powinno, a nie jest.
Zdaje się, że w Polsce wciąż nie przyjęło się orzeczenie TSUE C-54/21 Antea, w którym Trybunał pięknie skrytykował polskie obyczaje odtajniania wszystkiego jako naruszające nie tylko prawu UE, ale i dobre obyczaje. Tymczasem KIO wciąż czołga wykonawców w sprawie tajemnicy przedsiębiorstwa żądając udowadniania rzeczy oczywistych lub niemożliwych do udowodnienia.
Ostatnio znów zapadł wyrok potwierdzony przez Wysoki Sąd (pasmo rozczarowań) o odtajnieniu wyjaśnień rnc, które bez wątpienia zawierały dane wrażliwe. Wygląda to tak, że państwo polskie robi absolutnie wszystko, co możliwe, aby zniechęcić przedsiębiorców do rynku zamówień publicznych. Rozumiem, że wtedy osiągniemy ideał: brak jakichkolwiek relacji między zamawiającymi i wykonawcami. Będzie można powiedzieć, że operacja zwalczania korupcji w zamówieniach publicznych się udała – cóż, że pacjent zmarł. A właściwie, to przecież żaden problem: rząd się sam wyżywi.

To jakiś cud, że znajdują się ciągle przedsiębiorcy, którzy chcą uczestniczyć w tej hucpie.

PUNKT ANOMALII

Art. 224 ust. 2 jest szkodliwy nie tylko dlatego, że wprowadza obowiązek badania rnc - niby nie bezwzględny, ale zamawiający są przerażeni, gdy radzę nie pytać mimo 30% różnicy i wziąć na siebie „oczywiste okoliczności” (bo trzeba byłoby się tłumaczyć).

Równie niedorzeczne jest ustalenie jednego, sztywnego progu mającego niby wskazywać na rażąco niskie ceny. 30% czasem może być właściwym poziomem (np. przy niektórych robotach budowlanych), jednak równie często jest to poziom za wysoki lub za niski.

Sam byłem w KIO przy różnicy cen o 3% i nikt nie twierdził, że taka różnica nie powinna budzić niepokoju zamawiającego. Przedmiotem były standardowe urządzania wprowadzane na rynek przez wyłącznego importera. Dealerzy stosują marże ok. 5%, a to oznacza, że różnica w cenie o 3% jest różnicą o więcej, niż 50% zarobku wykonawcy. Z drugiej strony np. przy usługach intelektualnych różnice nawet kilkukrotne nie muszą budzić wątpliwości, po prostu jedni prawnicy / inżynierowie / doradcy zarabiają kilkukrotnie więcej niż inni.

Gdyby ktoś pytał jak odpowiednio określić poziom rażąco niskich cen, odpowiedź znajdziemy w przepisach włoskich.

Włosi zdają się mistrzami w rozwijaniu metodyk oceny ofert (stosują metody wspomagania podejmowania decyzji do wypracowania kryteriów oceny ofert, stosują wyrafinowane wzory do oceny ofert w kryteriach wymiernych itp.). Wypracowali wiele lat temu pojęcie „punktu anomalii”, które opisaliśmy w Raporcie końcowym projektu „Ewaluacja rozwiązań stosowanych w celu oceny i wyboru ofert w postępowaniach o udzielenie zamówienia publicznego w projektach drogowych i kolejowych realizowanych w ramach POIiŚ wobec rozwiązań stosowanych w innych krajach członkowskich UE” wydanym w roku 2014 przez ówczesne Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju:

„W celu stwierdzenia, czy oferta nie zawiera rażąco niskiej ceny dokonuje się następujących obliczeń:

1) W pierwszej kolejności liczone są różnice, rabaty w stosunku do wartości zamówienia. Zasadą jest, iż w treści ogłoszenia znajduje się informacja o szacowanej wartości zamówienia. Wykonawcy składają oferty cenowe wyrażone w wartościach bezwzględnych (w euro), które są przeliczane na % rabaty w stosunku do wartości zamówienia. Oferty z ceną przekraczającą wartość zamówienia są odrzucane.

2) Następnie tworzy się listę ofert przetargowych w porządku rosnącym rabatów, oferty zawierające taki sam rabat umieszcza się oddzielnie na liście, bez zachowania konkretnej kolejności.

1. 6,836 %
2. 7,358 %
3. 8,333 %
4. 8,657 %
5. 12,777 %
6. 13,089 %
7. 14,679 %
8. 15,874 %
9. 16,149 %
10. 17,189 %
11. 17,385 %
12. 17,899 %
13. 18,688 %

3) Określa się dziesięć procent liczby złożonych ofert i otrzymaną liczbę zaokrągla się w górę (np. 10% z 13 ofert wynosi 1,1, a po zaokrągleniu w górę – 2).

4) Odkłada się na bok tymczasowo liczbę ofert równą liczbie, o której mowa w pkt 3) z obu stron listy tj. zarówno o najmniejszym, jak i największym rabacie (w przypadku 11 ofert odcina się dwie najtańsze (12. i 13.) i dwie najdroższe (1. i 2.).

5) Oblicza się średnią arytmetyczną rabatów oferowanych w ofertach, które pozostają po odcięciu najtańszych i najdroższych, zgodnie z pkt 4) (w analizowanym przykładzie wynosi ona 13,79%).

6) Identyfikuje się oferty, w których rabat jest wyższy od średniego (od 7. do 11.) i liczy się różnicę między każdym z tych rabatów a rabatem średnim (o ile rabat są wyższe od średniego).

1. 14,679 % - 13,79% = 0,89
2. 15,874 % - 13,79% = 2,08
3. 16,149 % - 13,79% = 2,36
4. 17,189 % - 13,79% = 3,40
5. 17,385 % - 13,79% = 3,59

7) Następnie liczy się średnią wartość liczb obliczonych w pkt 6) i dodaje się ją do średniego rabatu obliczonego w pkt 5).

13,79% + 2,46% = 16,255%

8) Oferty zawierające rabat wyższy od obliczonego w pkt 7) uznaje się za rażąco niskie (w analizowanym przykładzie są to oferty od 10. do 13.)

W przypadku zamówień poniżej progów UE oferty rażąco niskie są odrzucane (w analizowanym przykładzie zostałaby wybrana oferta nr. 9). W przypadku zamówień o wartości większej – wszczynana jest procedura wyjaśniania ceny, a ponadto (w zależności od stosowanego wzoru do punktacji ofert) w punkcie anomalii (wysokość rabatu wyliczona w pkt 7) zmienia nachylenie wykres (przy dalszym obniżaniu ceny liczba punktów przybywa znacznie wolniej, niż przy różnicach cenowych powyżej punktu anomalii).

Wydaje się, że ten sposób dochodzenia do określenia poziomu ceny, przy której powinno rodzić się podejrzenie ceny rażąco niskiej, mimo, że dość skomplikowany (w Internecie dostępne są arkusze liczące punkt anomalii http://www.mediagraphic.it/anomalia.php), uwzględnia nie tylko wartości średnie, ale również odchylenie od średniej w sytuacji, gdy mała liczba ofert nie pozwala na poważne wyliczenie np. odchylenia standardowego (oczywiście, przy liczbie ofert poniżej pięciu powyższych obliczeń się nie dokonuje). - Strony 131-132 Raportu.

Raport jest dostępny na mojej stronie internetowej https://www.koba-consulting.pl/ewaluacja-rozwiazan-stosowanych-w-celu-oceny-i-wyboru-ofert, pewnie również na jakichś stronach funduszowych. Ale kto by to czytał (w sumie 155 stron). Jeden z wielu zmarnowanych projektów zawierający np. analizę systemów certyfikacji wykonawców w Wielkiej Brytanii i Włoszech (a my w Polsce wywarzamy otwarte drzwi).

DRUGA OFERTA

Od trzydziestu lat słyszę, że ktoś słyszał, że gdzieś w Europie odrzucają oferty odbiegające od kosztorysu o więcej niż 20%. Nie wierzę, aby ktoś był tak głupi.

Włosi odrzucali oferty poniżej progu anomalii i dostali zakaz w TSUE. Jak widać z powyższego cytatu: dostosowali się jedynie w zakresie postępowań przekraczających progi unijne uznając, że postępowania krajowe nie podlegają dyrektywom. Czy to nie oczywiste? I dlaczego w Polsce się nie przyjmuje?

Ciekawszy jest pogląd o wyborze drugiej oferty. W wersji popularnej przedstawiany jest jako pomysł odrzucania najtańszej oferty. To nie tak. To przetarg Vickreya, znany również jako technika drugiej ceny.

Pomysł rozwinięty przez ekonomistę Wiliama Vickreya w latach 60-tych zeszłego wieku. Polega na tym, aby zamówienie otrzymał wykonawca, który złożył najniższą ofertę, lecz za cenę drugiego wykonawcy. Strategia ta zapobiega nie tylko oferowaniu rażąco niskich cen, ale i zmowom przetargowym. Była badana i zalecana również przez Roberta Wilsona i Paula Milgroma, którzy otrzymali w roku 2020 nagrodę Nobla za udoskonalenie teorii aukcji. Niestety, aby móc stosować tę strategię trzeba byłoby zmienić dyrektywy lub wyjść z UE. To chyba jednak za słaby powód.

Powyższy tekst ukazał się na łamach Miesięcznika Zamówenia Publiczne. Doradca.

Autor: Dariusz KOBA

Czytaj dalej...
  • Czytany: 968 razy

Wśród kluczowych problemów w dziedzinie zamówień publicznych rząd zidentyfikował taki: „koncentracja zamawiających na spełnieniu wymogów formalnych zamiast na uzyskaniu najlepszego jakościowo produktu lub usługi”. To dla wielu zamawiających niezrozumiały zarzut, niemal potwarz. Jak to? Przez tyle lat staramy się stosować do wszystkich przepisów, interpretacji, nadinterpretacji, zaleceń, wytycznych – to źle? Prowadzimy pełną dokumentację, całe półki segregatorów, na każdym spis treści, w kolejności wpływu, każdy dokument podpisany przez wszystkich …. Mucha nie siada!

A tu rząd mówi: czemu skupiasz się na tym? Czemu koncentrujesz się na formie? A gdzie treść, gdzie najlepsze rezultaty z danych nakładów? Cała para idzie w gwizdek. I cóż, że papiery są w porządku, skoro pieniądze źle wydane: cele nie osiągnięte, buble kupione, albo złote klamki. Projekt odhaczony, ale jaka wartość dodana?, jakie potrzeby zaspokojone?, wzrosła jakość obsługi klientów?, wydajność pracy? Co podatnicy uzyskali w zamian za swoje, ciężko zarobione i państwu polskiemu oddane pieniądze?

Czy to problem rzeczywisty? Jasne. Jak Polska długa i szeroka rzesze nabywców publicznych cyzelują dokumentację pod względem formalnym. Znają przepisy, orzecznictwo, doktrynę, z najwyższą starannością starają się przestrzegać wszystkich tych reguł, zakazów, nakazów. Jesteśmy mistrzami świata formalnej poprawności.

I nie zostaje już ani czasu, ani zapału na zajmowanie się merytoryczną stroną zamówienia. Niektórzy mówią nawet, że to nie ich rola: niech komórki merytoryczne dbają o efektywność i osiąganie rezultatów - rolą zamówień jest pilnowanie zgodności postępowania z przepisami Pzp. Ciekawe co zrobią pod rządami nPzp z zasadą efektywności? Od nowego roku chyba nie można będzie powtarzać tej mantry: co z tego, że mamy katastrofę – wszystko zgodnie z przepisami.

Niemało jest jednak takich, którzy, mimo braku takiego obowiązku, braku zachęt, ze świadomością, że nikt tego nie doceni, starają się o efektywność. Robią to jednak „po godzinach”, gdyż te upływają im na tworzeniu i porządkowaniu dokumentacji. Jestem, jako podatnik, wszystkim tym nabywcom niezmiernie wdzięczny, chętnie „stawiam kolejkę” na szkoleniach i nie ustaję we wspieraniu podejścia skoncentrowanego na efektywności.

Czemu zamówienia koncentrują się na formalnej poprawności? Jeśli ta diagnoza jest prawdziwa, to co zmieni się pod rządami nPzp? Przecież rząd stwierdził, że te problemy „wymagają nowych rozwiązań, które zostały zaprojektowane w nowej ustawie”. Jakie zmiany ustawowe mają przezwyciężyć koncentrację zamawiających na wymogach formalnych? Jak osiągnąć zmianę podejścia?

Czy nabywcy publiczni koncentrują się na spełnianiu wymagań formalnych bo są urodzonymi formalistami osiągającymi spełnienie zawodowe na widok równiutko ustawionych segregatorów? To rzeczywiście wymaga pewnych umiejętności, wiedzy i cech charakteru (zawsze z podziwem patrzę na te półki i jestem pewien, że nie byłbym w stanie tego dokonać). Mam nadzieję jednak, że spora część nabywców ma ambicje sięgające dalej i wyżej. Chcieliby być partnerami dla komórek merytorycznych przy doborze i wdrażaniu „optymalnych metod i środków służących osiągnięciu założonych celów”. Tak wyszło w trakcie pierwszej edycji Akademii Zamówień Publicznych w KSAPie (pozostaję pod wrażeniem zaangażowania uczestników, których serdecznie pozdrawiam).

Wiadomo chyba dlaczego tak jest, dlaczego zamawiający skupiają się na formalizmach. Dobrze wiedzą co sprawdzają kontrole. Czy badają efektywność wydatków? Nie. Ciekawe dlaczego - czyż nie jest od zawsze zasadą wydatków publicznych „uzyskiwanie najlepszych efektów z danych nakładów”? Czy ktoś dostał nagrodę za efektywność udzielanych zamówień? – nie słyszałem. Czy ktoś stracił pracę z powodu nieefektywnych zamówień? – w pojedynczych przypadkach (trzeba chyba strasznie coś zawalić). A ilu straciło pracę z powodu uchybień formalnych? A ile zarzutów na dyscyplinie finansów publicznych? A ile korekt finansowych? Wszystko z powodu uchybień formalnych.

W efekcie państwo polskie wychowało sobie całe pokolenie nabywców publicznych skoncentrowanych wyłącznie na zgodności działań z przepisami. Trudno się dziwić. Ja się nie dziwię (doceniając tym bardziej tych, którzy troszczą się o efektywność).

Skoro tak, to wiadomo, co należy uczynić, aby zmienić ten stan rzeczy. Trzeba zmienić zasady kontroli. Odejść od koncentrowania się kontroli na spełnianiu wymogów formalnych. Jeśli rząd oczekuje od zamawiających koncentracji na uzyskaniu najlepszego jakościowo produktu lub usługi (roboty budowlanej też), to najpierw kontrola powinna odpuścić wymagania formalne i skupić się na badaniu, czy zamawiający uzyskał najlepsze efekty z danych nakładów. Nic nowego: kontrola powinna skupić się na badaniu przestrzegania zasad finansów publicznych.

Należy wyrzucić do kosza obowiązujące check-listy, zwolnić wielu kontrolerów (niezdolnych do zmiany mentalności) i przeszkolić pozostałych w nowym podejściu do kontroli. Wydaje mi się, że dla części starszych inspektorów NIK i RIO będzie to powrót do zapoznanej praktyki z lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku.

Oto jak mogłaby wyglądać ankieta sprawdzająca efektywność zamówień.

1. Jaki założono cel realizacji zamówienia?

Wymagane jest określenie celu, funkcji, pożytku, wzrostu efektywności lub jakości świadczonych usług, zaspokojenia konkretnych potrzeb społecznych itd., itp. W miarę możliwości oczekuje się parametryzacji celu, określenia korzyści w sposób wymierny. Nie są wystarczające stwierdzenia w stylu: bo zawsze kupowaliśmy, bo wszyscy kupują, bo tak należy, bo tego nie mieliśmy, bo było potrzebne.

2. Czy zamawiający rozważył różne sposoby zaspokojenia potrzeb?

Czy brano pod uwagę samodzielne wykonanie zadania, wykorzystanie in-house’u, udzielenie koncesji, dotacji i inne możliwości? Czy brano pod uwagę różne sposoby realizacji zamówienia, np. zakup vs. wynajęcie/leasing, zakup rzeczy/sprzętu vs. nabycie usługi, projekt, a następnie budowa vs. zaprojektuj i zbuduj? Jakie argumenty przesądziły o wyborze zastosowanych metod i środków służących osiągnięciu założonych celów?

3. Czy właściwie określono zakres zamówienia?

Czy nie rozszerzono nadmiernie zakresu zamówienia, co mogło ograniczyć konkurencję na rynku właściwym? Czy nie podzielono sztucznie, bez właściwego uzasadnienia przedmiotu zamówienia na oddzielne zamówienia? Czy dostosowano zakres i warunki zamówienia do możliwości MŚP?

4. Czy zakwalifikowano zamówienie do właściwej kategorii zakupowej?

Czy zamawiający podzielił zamówienia na kategorie zakupowe? Jakie? Czy zastosowano macierz Kraljica lub podobne narzędzie dla wypracowania strategii zarządzania kategorią zakupową? Czy zamówienie należy do „dźwigni”, „zamówień strategicznych”, „wąskich gardeł”, czy „zamówień standardowych”?

5. Czy przyjęto właściwą strategię zakupową?

Czy opracowano strategię zakupową dla kategorii będącej przedmiotem zamówienia? Czy uwzględniono specyficzne cechy tego zamówienia? Czy uwzględniono zgłaszane przez wykonawców bariery w dostępie do zamówień i w jaki sposób starano się je usunąć? Czy przyjęto rozwiązania najlepiej dopasowane do wartości zamówienia oraz ryzyka związanego z jego realizacją (czy nie jest stosowane jedno podejście do wszystkich zamówień)? W przypadku zamówień strategicznych i wąskich gardeł: czy dokonano rzetelnej analizy ryzyka, podjęto działania minimalizujące ryzyko, rozważano alternatywy, budowano trwałe relacje z rynkiem wykonawców?

W kolejnych punktach należy sprawdzić czy właściwie dobrano tryb postępowania (6), podjęto odpowiednie działania zmierzające do zapewnienia maksymalnej efektywności zamówienia (7), w tym czy zastosowano właściwą strategię wyboru najkorzystniejszej oferty (8).

   w przypadku dźwigni i zamówień standardowych;  w przypadku zamówień strategicznych i wąskich gardeł:
 6. Wybór trybu  Czy odstąpiono od trybu przetargu nieograniczonego? Jeśli tak, to z jakiego powodu? W jaki sposób zapewniono maksymalną konkurencyjność postępowania? Czy nie określono warunków zamówienia nadmiernie ograniczających konkurencję?  tak, to dlaczego? W jaki sposób zapewniono odpowiednią wiarygodność wykonawcy? Jeśli zastosowano prekwalifikację, to jakie przyjęto kryteria selekcji? Czy pozwalały one na wybór odpowiednio kwalifikowanych wykonawców?
 7. Działania dla efektywności  Jakie działania podjęto dla udzielenia zamówienia na najefektywniejszych warunkach: Wstępne konsultacje rynkowe? Biegły? Agregacja? Centralizacja? Standaryzacja? Aukcja? Katalogi elektroniczne / DSZ dla zamówień standardowych?  Czy odstąpiono od zastosowania trybów negocjacyjnych? Jeśli tak, to w jaki sposób zapewniono opracowanie najbardziej efektywnych warunków zamówienia, w szczególności najkorzystniejszych postanowień umowy?
 8. Kryteria  Czy zastosowano kryteria pozacenowe? Jeśli tak, to w jakim celu? Jaką wartość dodaną uzyskano dzięki zastosowaniu tych kryteriów?  Czy odstąpiono od wyboru najlepszego bilansu ceny i jakości (zamówienia strategiczne) / Czy odstąpiono od wyboru najwyższej jakości (wąskie gardła)? Jeśli tak, to w jaki inny sposób zapewniono wybór ekonomicznie najkorzystniejszej oferty? 

9. Czy opisano przedmiot zamówienia w sposób odpowiedni?

Czy opis przedmiotu zamówienia był wystarczająco precyzyjny i jednoznaczny? Czy wyjaśniano go w odpowiedzi na pytania wykonawców? Czy opis nie ograniczał konkurencji w sposób nadmierny, nieuzasadniony? Czy zamawiający może wskazać co najmniej trzy produkty spełniające wszystkie minimalne wymagania? Jeśli nie, to w jaki sposób uzasadnia konieczność ograniczenia konkurencji?

10. Czy dostosowano warunki udziału w postępowaniu do specyfiki rynku właściwego?

Czy przeprowadzono analizę rynku i zidentyfikowano potencjalnych wykonawców? Czy określono warunki udziału w postępowaniu (ewentualnie kryteria selekcji) odpowiednio wysoko i kompleksowo, aby ocenić zdolność wykonawcy do należytego wykonania zamówienia? Czy warunki (i kryteria selekcji) były odpowiednie do zbadania zdolności wykonawcy do należytego wykonania zamówienia i nie przekraczały tego, co konieczne do uzyskania przeświadczenia o zdolności wykonawcy do należytego wykonania zamówienia? Ilu wykonawców wzięło udział w postępowaniu?

11. Czy określono kryteria oceny ofert umożliwiające wybór oferty najkorzystniejszej ekonomicznie?

Dlaczego zastosowano takie, a nie inne kryteria (w przypadku zastosowania jedynie kryterium cena oczekuje się mnie mniej gruntownego uzasadnienia, jak w przypadku stosowania kryteriów pozacenowych – vide pkt 8)? W jaki sposób odzwierciedlają one potrzeby, które mają zostać zaspokojone? W jaki sposób opracowano wagi kryteriów? Czy zamawiający był świadomy wpływu kryteriów i ich wag na wysokość wydatków?

12. Czy opracowano najkorzystniejsze postanowienia umowy?

Czy zamawiający zidentyfikował podstawowe ryzyka związane z realizacją zamówienia? Czy zamawiający rozważył niedogodności i skutki przypisania poszczególnych ryzyk stronom umowy? Czy zamawiający przypisał stronom umowy te ryzyka, których ponoszenie dla danej strony jest względniejsze? Jeśli nie, dlaczego?

13. Czy prowadzono postępowanie zgodnie z zasadami?

Czy zapewniono wykonawcom równy dostęp do informacji i stosowano wobec nich równą miarę? Czy traktowano jednakowo wykonawców znajdujących się w takiej samej lub podobnej sytuacji? Czy wykonawców znajdujących się w sytuacjach różnych traktowano odmiennie, każdego w taki sposób na jaki zasługuje? Czy szanowano tajemnice przedsiębiorstwa? Czy zapewniono rzeczywistą konkurencyjność postępowania?

14. Czy zweryfikowano rzetelnie wiarygodność wykonawców?

Czy zweryfikowano podstawy wykluczenia z zastosowaniem zasady równego traktowania i proporcjonalności? Czy sprawdzono spełnianie warunków udziału w postępowaniu? Czy oceniono kwalifikacje wykonawców w oparciu o kryteria selekcji? Czy podjęto właściwe decyzji i właściwie uzasadniono decyzje związane z oceną kwalifikacji wykonawców?

15. Czy odrzucono wszystkie oferty wymagające odrzucenia?

Czy zweryfikowano zgodność ofert z warunkami zamówienia z zastosowaniem zasad poprawiania omyłek w ich treści? Czy zweryfikowano inne podstawy odrzucenia? Czy rozstrzygano wątpliwości na korzyść wykonawców?

16. Czy oceniono oferty w sposób umożliwiający wybór oferty najkorzystniejszej z zachowaniem zasad?

Czy stosowano zasady oceny ofert określone w warunkach zamówienia? Czy stopień precyzji oceny ofert został dostosowany do specyfiki zamówienia? Czy w kryteriach wymiernych stosowano zalgorytmizowany sposób oceny, czy dobrano właściwą funkcję użyteczności? Czy w kryteriach niewymiernych zapewniono komisji przetargowej ograniczony acz odpowiedni zakres swobody, niezbędny do wyboru najkorzystniejszej oferty? Czy w przypadku stosowania kryteriów niewymiernych zanonimizowano, w miarę możliwości, elementy ofert podlegające ocenie?

17. Czy wybrano najkorzystniejszą ofertę?

Czy wybrano ofertę najkorzystniejszą w świetle przyjętych warunków zamówienia? Czy jest to rzeczywiście oferta najkorzystniejsza? Jeśli nie, jakie wnioski na przyszłość sformułowano, czy zostały one wdrożone?

18. Czy realizacja zamówienia przebiegała zgodnie z założeniami?

Jakie ryzyka wystąpiły w trakcie realizacji zamówienia? Czy były przewidziane w umowie? Czy umowa wystarczająco precyzyjnie określała sposób postępowania w zaistniałych sytuacjach? Czy umowa była aneksowana? W jakich okolicznościach i na jakiej podstawie? Jakie zidentyfikowano luki w umowie i jak postanowiono je w przyszłości wypełnić?

19. Czy osiągnięto zakładane rezultaty?

Czy cele zamówienia zostały osiągnięte? W jakim stopniu? Czy przyjęte metody i środki okazały się optymalne? Jakie elementy były suboptymalne? Jakie dodatkowe nakłady musiały zostać poczynione? Czy ich poniesienie wpłynęło istotnie na efektywność zamówienia? Jakie z tego wynikają wnioski na przyszłość? Czy osiągnięto najlepsze parametry funkcjonalne przy minimalizacji kosztów w cyklu życia?

20. Czy sporządzono rzetelny raport z realizacji zamówienia?

Czy zawarto w raporcie wszystkie istotne informacje pozwalające na zidentyfikowanie przyczyn rozbieżności przebiegu realizacji zamówienia z założeniami? Czy pozyskano stanowisko wykonawcy w tym zakresie? Czy wyciągnięto właściwe wnioski? W jaki sposób ich wdrożenie jest nadzorowane?

A co w przypadku wykrycia nieprawidłowości?

Z punktu widzenia efektywności zasady dotyczące odpowiedzialności zamawiających powinny być takie:

  1. Nie stanowi naruszenia dyscypliny finansów publicznych, ani podstawy zastosowania korekt finansowych takie naruszenie przepisów, które nie miału wpływu na efektywność zamówienia lub służyło podniesieniu efektywności.
  2. Nie stanowi naruszenia dyscypliny finansów publicznych, ani podstawy zastosowania korekt finansowych takie naruszenie przepisów, które zamawiający zidentyfikował w ramach analizy powdrożeniowej lub audytu wewnętrznego, zobowiązał się do unikania takich naruszeń w przyszłości i wdraża to zobowiązanie. Nie dotyczy to czynów karalnych lub podjętych umyślnie.
  3. Nie stanowi naruszenia dyscypliny finansów publicznych, ani podstawy zastosowania korekt finansowych takie naruszenie przepisów, które nie miału wpływu na konkurencyjność postępowania, w szczególności zapewniając na ostatnim etapie postępowania wybór spośród co najmniej trzech ofert nie podlegających odrzuceniu.

Z jednej strony, to przecież nic nowego. To tylko uszczegółowienie zasad finansów publicznych, które od zawsze wymagają dokonywania wydatków publicznych „w sposób celowy i oszczędny, z zachowaniem zasad uzyskiwania najlepszych efektów z danych nakładów i optymalnego doboru metod i środków służących osiągnięciu założonych celów” (art. 44 ust. 3 ustawy o finansach publicznych).

Z drugiej strony słyszę głosy: Czy można oczekiwać od zamawiających odpowiedzi na te pytania? Czy zamawiający będzie umiał przedstawić i uzasadnić swoje postępowanie? Czy możliwa jest weryfikacja odpowiedzi przez kontrolę? Czy kontrolujący będzie w stanie zrozumieć logikę postępowania zamawiającego? Czy strony będą w stanie rozmawiać na te tematy? Porzucić koncentrację na wymaganiach formalnych, a rozważyć „metody i środki”, ich zalety i wady, szanse i zagrożenia?

To może lepiej zostawić wszystko jak jest. W sumie spełnienie wymagań formalnych nie jest aż takie trudne. Wiadomo, co trzeba robić, aby zaspokoić kontrolę i jest to w stanie uczynić prawie każdy. Prawie każdy może się też zajmować kontrolą i sprawdzać ślad pinesek na ogłoszeniu rzekomo wiszącym na tablicy ogłoszeń.

Tylko efektywności żal…

Powyższy tekst ukazał się na łamach Miesięcznika Zamówenia Publiczne. Doradca.

Autor: Dariusz KOBA

Czytaj dalej...
  • Czytany: 1021 razy

To dobrze, że wykonawca może zaangażować do realizacji zamówienia potencjał wielu podmiotów. Słusznie, że może w ten sposób spełnić warunki. Problem w tym, aby nie dopuścić do fikcji dysponowania oraz posiąść nowe kompetencje.

JAK BYŁO

Zacznijmy od tego, że przez wiele lat obowiązywała interpretacja o konieczności samodzielnego spełniania warunków udziału w postępowaniu. Problem był dyskutowany od zarania, czyli od połowy lat dziewięćdziesiątych i kończył się stwierdzeniem: skoro podwykonawcy nie są badani pod kątem przesłanek wykluczenia, nie można ich uwzględniać przy spełnianiu warunków, gdyż prowadziłoby to do obchodzenia przepisów dotyczących wykluczenia.

Co do zasady wykonawca mógł realizować zamówienie przy udziale podwykonawców, jednak musiał samodzielnie lub w ramach konsorcjum spełnić warunki udziału.

Co do zasady, gdyż wyjątkiem była kluczowa część zamówienia, co do której wyłączaliśmy, zgodnie z zasadami wpojonymi nam przez Bank Światowy, możliwość wykonania przez podwykonawców. Aż do pierwszej kontroli nasłanej przez KE. Kontrolująca Polskę Greczynka stwierdziła, ze to rażące naruszenie zasad, które będzie skutkować olbrzymimi korektami. Strona polska, zamiast się postawić, położyła uszy po sobie, przeprosiła, sumiennie obiecała, że takich naruszeń już nie będzie. I przez lata tego się należało trzymać pod karą pręgieża.

W międzyczasie wpisano tę zasadę do dyrektyw i od lat obowiązuje w prawie polskim. Czyli było dobrze, a rażącą niekompetencją wykazała się przedstawicielka KE.

Potem (wiele lat po pierwszych orzeczeniach ETS w tej sprawie: C-389/92 Ballast, C-176/9 Holst Italia, C-314/01 Siemens Telekom) wprowadzono do Pzp prawo polegania na zasobach podmiotów trzecich. I zaczął się cyrk. Najsprytniejsi wykonawcy rozpierzchli się po świecie i nawieźli całe walizki referencji od zapoznanych firm. I zaczęli mini udowadniać swoje kompetencje w każdym zakresie. I KIO było odporne na argumenty, że to fikcja, oszustwo i draństwo. Wtedy zrodził się pogląd, że spełnianie warunków to jedno, a wykonanie zamówienia to drugie.

GŁUPOTA W CZYSTEJ POSTACI

Chodzi oczywiście o warunki dotyczące doświadczenia wykonawcy. Nie ma większych problemów z udostępnianiem sprzętu, personelu, czy pieniędzy. Choć i w tym zakresie widujemy oszustwa i puste obietnice. Jeśli wykonawca chce ukryć, że nie posiada jakiegoś sprzętu, o czym konkurencja wie – najprościej wskazać, go jako udostępnianego przez kogoś, kogo prześwietlić będzie trudno. Największym problemem jednak było i pozostaje „udostępnianie doświadczenia”.

Wreszcie, po latach degrengolady, wprowadzono zasadę, że realizować zamówienie może ten, kto ma doświadczenie, a zobowiązania do wsparcia, konsultacji czy przeszkolenia należy wsadzić tam, gdzie ich wystawcy mają zamówienia publiczne i publicznych zamawiających.

Fikcja została ograniczona. Po drodze różne były zasady dowodzenia rzeczywistego dostępu do zasobów. Najpierw wystarczało krótkie zobowiązanie określające rodzaj zasobu, sposób i okres udostępniania oraz podstawę prawną tego. Ktoś wymyślił i propagował paskudny jednostronicowy wzór takiego oświadczenia, które miało po dwie linijki kropek do wypełnienia, a które zawierało mniej więcej tyle: „W związku z postępowaniem … zobowiązuję się do udostępnienia mojego doświadczenia zdobytego na projektach … wykonawcy … poprzez wsparcie, konsultacje i szkolenia personelu przez cały okres realizacji zamówienia na podstawie umowy cywilnoprawnej.”

I to, o zgrozo, przechodziło w KIO jako wiarygodny dowód dysponowania cudzym doświadczeniem.

Później zmieniono rozporządzenie w sprawie dokumentów podmiotowych, które przewidywało możliwość żądania nie oświadczenia, ale dokumentów potwierdzających powyższe. Było lepiej, zamawiający, który chciał walczyć z fikcja udostępniania mógł żądać czegoś więcej, niż puste oświadczenie. Niestety, wprowadzając zasadę, że realizować zamówienie może ten, kto posiada doświadczenie, ustawodawca wrócił do pojęcia „oświadczenie” (zamiast „dokumenty”), co stało się przyczyną powrotu do krótkich, nic nie mówiących oświadczeń określających „w szczególności:

  1. zakres dostępnych wykonawcy zasobów podmiotu udostępniającego zasoby;
  2. sposób i okres udostępnienia wykonawcy i wykorzystania przez niego zasobów podmiotu udostępniającego te zasoby przy wykonywaniu zamówienia;
  3. czy i w jakim zakresie podmiot udostępniający zasoby, na zdolnościach którego wykonawca polega w odniesieniu do warunków udziału w postępowaniu dotyczących wykształcenia, kwalifikacji zawodowych lub doświadczenia, zrealizuje roboty budowlane lub usługi, których wskazane zdolności dotyczą.”

Z jednej strony, jest lepiej z powodu punktu 3), z drugiej, to ciągle mało, aby być spokojnym co do rzeczywistego udziału puz’a. A właściwie: najpoważniejszym problemem jest to, że wykonawcy posługują się w ramach punktu 3) sformułowaniem „wykona roboty budowlane lub usługi, których wskazane zdolności dotyczą” co nadal jest pustym i najczęściej nieprawdziwym sformułowaniem.

Generalny wykonawca najchętniej chciałby uczestniczyć i uczestniczy w realizacji tej części umowy, tylko z oświadczenia nie wiadomo w jakim zakresie, a na etapie realizacji nikt się nie przejmuje, że przebiega ona inaczej, niż to oferował wykonawca. Przynajmniej dopóki idzie dobrze.

A czy generalny wykonawca zdobywa w ten sposób doświadczenie w zakresie, który ma być, zgodnie ze złożoną ofertą, wykonany przez puz’a? O tym dalej.

ZASADY FORMUŁOWANIA WARUNKÓW

Warunki dotyczące doświadczenie wykonawców bywają w starej UE formułowane podobnie do starego przepisu polskiej ustawy: wykonawca powinien wykazać, że posiada doświadczenie niezbędne go należytej realizacji zamówienia. Ewentualnie: wykonał co najmniej dwa podobne zamówienia. I to wszystko. Zamawiający nie precyzuje warunku, w szczególności nie definiuje podobnego zamówienia. W ten sposób nie tylko zamawiający uzyskuje ograniczoną swobodę w ocenie doświadczenia wykonawcy, ale przede wszystkim wykonawca otrzymuje swobodę w doborze sposobu potwierdzenia niezbędnego doświadczenia.

Polska ustawa wyraźnie dopuszcza takie formułowanie warunków. Wszak najważniejsza zasada wyrażona w art. 112 ust. 1 Pzp stwierdza: zamawiający określa warunki udziału w postępowaniu w sposób proporcjonalny do przedmiotu zamówienia oraz umożliwiający ocenę zdolności wykonawcy do należytego wykonania zamówienia, w szczególności wyrażając je jako minimalne poziomy zdolności.

Pojęcie „minimalnych poziomów zdolności” odpowiada naszemu sposobowi formułowania warunków w sposób precyzyjny, wymierny, możliwy do oceny przez najważniejszego w zamówieniach publicznych decydenta: mr Excell. Sformułowanie „w szczególności” natomiast wprowadza tzw. listę indykatywną. To, co jest wskazane po tej frazie jest przykładem pozytywnym (tak na pewno można), lecz nie wyczerpującym (można również inaczej). UZP w Informatorze 2/2013 (sprzed 12 lat) opisał to w następujący sposób:

„f. Ustawa Pzp jak i dyrektywa klasyczna nie wymaga, by kryteria weryfikacji i minimalne zdolności wskazane w opisie sposobu oceny spełniania warunków musiały zostać wyrażone liczbowo, mogą one mieć zatem charakter przesłanek lub wytycznych, które zamawiający przyjmuje przy weryfikacji informacji zawartych w dokumentach złożonych przez wykonawcę”.

Czytając ten teks należy pamiętać, że w onym czasie UZP twierdził, iż warunki udziału w postępowaniu są określone w ustawie (zgoda), a zadaniem zamawiającego jest opisanie sposobu oceny ich spełniania (brak zgody). Zostawiając w tym momencie na boku frazeologię (warunki, czy opis sposobu ich oceny), UZP stwierdził jednoznacznie, że wymagania określane przez zamawiającego nie muszą być wyrażane liczbowo, lecz mogą mieć charakter „przesłanek lub wytycznych”, które zamawiający przyjmie przy weryfikacji podmiotowych środków dowodowych.

To się, niestety, nie przyjęło i zarówno wtedy, jak i dziś panuje przekonanie, że jedynym legalnym sposobem formułowania warunków jest ich sprecyzowanie w postaci minimalnych poziomów zdolności, aby również małpa zasiadająca w komisji przetargowej mogła podjąć tę samą decyzję co mędrzec.

WARUNEK DOŚWIADCZENIA

W konsekwencji zamawiający stawiają warunki dotyczące doświadczenia najczęściej w ten sposób:

W ciągu ostatnich … (zwykle 3 w przypadku dostaw i usług i 5 w przypadku robót budowlanych) lat wykonał należycie co najmniej (najczęściej 2) zamówienia podobne, po czym następuje precyzyjna definicja zamówienia podobnego: o zakresie A,B i C wartości X, w technologii Y (lub podobnie). Jakie to ma skutki?

Weźmy pod uwagę najprostszy element definicji, czyli wartość. Wykonawca musi wykazać dwa zamówienia o wartości np. 100. Jeśli wykonawca wykonał jedno zamówienie o wartości 200 oraz dziesięć o wartości 95 – nie spełnia warunku. Nie może złożyć oferty, a jak złoży – zostanie wykluczony jako niewiarygodny. Czy jakiś normalny, rozsądny człowiek, nawet jeśli wcześniej założy sobie, że podobne powinno mieć wartość 100, odrzuciłby konkurencyjną ofertę tylko dlatego, że wykonawca wykazał 1x200+5x95? Nigdy!!! To dlaczego to robimy? Bo tak stało w warunkach zamówienia. Rozumiem. Tylko dlaczego te warunki są tak napisane? Przecież nie muszą.

To co musi zrobić wykonawca? Musi poszukać partnera, którego zaprosi do wspólnego udziału w postępowaniu, czy to jako członka konsorcjum, czy podmiotu udostepniającego zasoby (puz). Znalazł kolegę, który podobnie: wykonał jedno zamówienia spełniające warunek i wiele podobnych, choć niższej wartości. Czy razem mogą wygrać? Nie! Bo doświadczenia się w ten sposób nie sumuje.

Starsi pamiętają zapewne, że przez lata KIO uparcie orzekało, że 1+1=2, co w matematyce jest prawdą. Jednak, wziąwszy pod uwagę istotę warunków, było bez sensu.

Skoro zamawiający żąda dwóch zamówień, to dlatego, że raz mogło się udać (co potwierdziła Izba w jednym z moich ulubionych orzeczeń). Słusznie. Pierwszy dom buduje się dla wroga, drugi dla (są różne wersje), a dopiero trzeci dla siebie. Trzeba dwa razy przekonać się o tym jak nie należy czynić i za trzecim razem wychodzi dobrze. To rozsądne podejście, choć nieobowiązkowe. Zamawiający przecież nie musi wymagać doświadczenia wykonawcy, może np. poprzestać na doświadczeniu personelu (co czasem robimy).

Po latach, jak zwykle na skutek orzeczenia TSUE C 387/14 ESAPROJEKT, KIO musiało zmienić linię przyjmując, że dwóch wykonawców, którzy wykonali po jednym zamówieniu (niezależnie od tego czy są członkami konsorcjum, czy wykonawca i puz) nie spełnia warunku wykonania dwóch zamówień (słusznie). Tylko co w tej sytuacji ma zrobić nasz wykonawca?

Musi znaleźć partnera, który wykaże dwa zamówienia o wartości 100 i uczynić go członkiem konsorcjum lub puz’em. Taka oferta może być wybrana. Nasz wykonawca nie załączy nawet swoich referencji, a jak załączy, to nie będą one brane pod uwagę przy badaniu oferty. Wszystko będzie się opierało na doświadczeniu tego drugiego. Co w takim razie może robić nasz wykonawca nie spełniający warunku? Parzyć kawę i nosić teczkę za kolegą? Co do zasady, nie może uczestniczyć w realizacji zamówienia.

W przypadku konsorcjum to jeszcze jakoś wygląda, ale w przypadku puz? Oferent ma całość zamówienia wykonać przy pomocy podwykonawcy? To jaki z niego (generalny) wykonawca?

INNE WARUNKI

Jak to zmienić? Nawet, jeśli formułować warunki jako minimalne poziomy zdolności, należy to robić inaczej. Propagujemy to z Januszem Doleckim już kilkanaście lat. Zamiast rzeźbić kompleksową definicję zamówienia podobnego (mam wrażenie, że niektórzy robią na tym doktoraty), należy wybrać najważniejsze elementy zamówienia i na każdym z nich postawić odrębny warunek. Zamiast „wykonał dwa zamówienia A+B+C” napisać „wykonał dwa zamówienia A, dwa zamówienia B i dwa zamówienia C”.

Przykład:

W przypadku budowy obiektu – wykonawca musi wykazać, że wykonał:

  1. dwa wykopy o objętości min. a m3 poniżej poziomu wody gruntowej
  2. dwie ścianki szczelne o wymiarach bxc
  3. wykonał dwie konstrukcje z betonu sprężonego o długości min. d
  4. itd.
  5. zarządzał budową o wartości / zakresie / z udziałem min. f podwykonawców

Należy zastrzec, że kluczową część zamówienia wykonawca musi wykazać i wykonać sam. A jaki warunek z powyższych jest kluczowy? To oczywiste: 5) – zarządzanie budową. Oferent może nie mieć żadnego doświadczenia w osobistym wykonywaniu wykopów, ścianek szczelnych, czy belek betonowych. To i tak robią zwykle wyspecjalizowani podwykonawcy. Ważne, aby (generalny) wykonawca miał doświadczenie w zarządzaniu dużą budową, niekoniecznie podobną do przedmiotu zamówienia. Ostatecznie to problemy w zarządzaniu budową, a nie problemy techniczne są najczęstszym powodem opóźnień, a nawet rozstania się stron.

Przy takim sformułowaniu warunku wiadomo do czego służą puz’y. Mają wnieść swoje branżowe doświadczenie. Podobnie przy konsorcjum: niech wspólnie ubiegają się wykonawcy, którzy łącznie wykazują zdolności techniczne. Czyli 2xA+2xB+2xC spełniają warunki, a 1xA+B+C i 1xA+B+C nie spełniają warunku.

Takie formułowanie warunków poszerza konkurencję, promuje łączenie potencjałów i pozwala rozwijać się wykonawcom.

NOWE DOŚWIADCZENIA

Jak wspomniałem, przy kompleksowym warunku, którego wykonawca nie spełnia, nie powinien on brać udziału w realizacji zamówienia. Problem: w jaki sposób wykonawca ma zdobywać nowe kompetencje, poszerzać zakres działalności?

Może, oczywiście brać realny udział w realizacji zamówienia, acz pod nadzorem lub z wiodącą rolą tego, kto ma doświadczenie. Powinno to być odpowiednio opisane w umowie konsorcjum i odpowiednio realizowane, wszak referencje potwierdzają stan faktyczny, a nie prawny. Generalny wykonawca może w ten sposób budować swoje kompetencje w zakresie specjalistycznych elementów zamówienia.

Dodajmy, że po wprowadzeniu zasady, iż każdy może powołać się na doświadczenie w zakresie, w którym realnie uczestniczył, KIO zaczęło przeginać w druga stronę. Najpierw przez lata orzekało, że chluba za wykonanie całości zamówienia należy się każdemu z konsorcjantów - wszak wszyscy odpowiadali solidarnie (tak, jakby bank przez solidarną odpowiedzialność nauczył się np. budować linie kolejowe – pierwowzór konsorcjum).

Później, po wyroku TSUE C 387/14 ESAPROJEKT wszystko się odmieniło: wykonawca może powołać się jedynie na zakres, który sam realizował, bez pomocy podwykonawców. Jakiś obłęd: oba poglądy są gruntownie fałszywe. I orzeczenie TSUE nie daje podstaw do takiej interpretacji trybunał powiedział jedynie, że prawo UE nie dopuszcza, aby wykonawca biorący indywidualnie udział w postępowaniu o udzielenie zamówienia publicznego polegał na doświadczeniu grupy wykonawców, której był członkiem przy innym zamówieniu publicznym, jeżeli faktycznie i konkretnie nie uczestniczył w jego realizacji.

„Faktycznie i konkretnie” nie oznacza „samodzielnie”. W ten sposób należałoby uznać, że żadna firma nie ma doświadczenia w jakiejkolwiek większej budowie, gdyż realizuje ją przy pomocy kilkunastu, -dziesięciu, a nawet -set podwykonawców. A to dopiero jest wezwanie.

W przypadku konsorcjów wiadomo, że zdobywany przez nich zakres doświadczenia zależy od sposobu sformułowania umowy konsorcjum. Jeśli dzielą się pracą, każdy zdobywa referencje jedynie w swoim zakresie. Jeśli faktycznie i konkretnie uczestniczą w realizacji całości, mogą liczyć na referencja za całość.

A jak jest w przypadku puz’ów? Czy z samego faktu, że są podwykonawcami wynika, że generalny wykonawca zdobywa doświadczenie w zakresie realizowanych przez nich prac? Przecież nie. To zależy, czy faktycznie i konkretnie uczestniczą w ich realizacji.

I tego mi brakuje w zobowiązaniach do oddania zasobów. To może być określone również w umowie podwykonawczej, ale wydaje mi się, że mało kto zwraca na to uwagę. Potem zamawiający podpisuje referencje w treści podsuniętej przez generalnego wykonawcę nie zastanawiając się, czy nie poświadcza nieprawdy. A duże firmy „kanibalizują” małe. W świecie zamówień mających służyć rozwojowi MŚP.

Powyższy tekst ukazał się na łamach Miesięcznika Zamówenia Publiczne. Doradca.

Autor: Dariusz KOBA

Czytaj dalej...
  • Czytany: 1138 razy

Krajowa Izba Odwoławcza kilka razy (zdecydowanie za rzadko) zwracała się z pytaniami prejudycjalnymi do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Czyż TSUE nie orzekał zwykle (zdecydowanie zbyt często) dokładnie wbrew utartej linii orzeczniczej KIO? Wygląda na to, że zapytanie Trybunału jest jedynym sposobem zmiany naszego orzecznictwa i naszej praktyki. Chwała pytającym członkom Izby. Oby było ich więcej.

Oto krótki subiektywny przegląd polskich orzeczeń Trybunału.

WYROK TSUE C-324/14 PARTNER APELSKI DARIUSZ

Prawo UE przyznaje każdemu wykonawcy prawo do polegania, w przypadku konkretnego zamówienia, na zdolnościach innych podmiotów, niezależnie od charakteru łączących go z tymi podmiotami powiązań, o ile zostanie wykazane instytucji zamawiającej, że kandydat lub oferent będzie w rzeczywistości dysponował zasobami tych podmiotów, które to zasoby są niezbędne do wykonania tego zamówienia.

Z drugiej strony, nie można wykluczyć, że korzystanie z tego prawa może być ograniczone w szczególnych okolicznościach z uwagi na przedmiot danego zamówienia, a także jego cele. Jest tak w szczególności w przypadku, gdy kandydat lub oferent nie może polegać na zdolnościach podmiotu trzeciego niezbędnych do wykonania tego zamówienia, co oznacza, że może powołać się na wskazane zdolności wyłącznie wtedy, gdy podmiot trzeci osobiście i bezpośrednio uczestniczy w wykonaniu odnośnego zamówienia.

Tymczasem w Polsce kwitło przekonanie, że powołanie się na zdolności podmiotów trzecich ma znaczenie jedynie dla formalnego spełnienia warunków, a udział w realizacji zamówienia nie ma znaczenia lub może ograniczać się do „doradztwa”, „konsultacji” lub „szkolenia”. Po wyroku dużo się zmieniło.

Zgodnie z prawem UE instytucja zamawiająca może w szczególnych okolicznościach do celów prawidłowego wykonania tego zamówienia wskazać wyraźnie w ogłoszeniu o zamówieniu lub w specyfikacji istotnych warunków zamówienia szczegółowe zasady, zgodnie z którymi wykonawca może polegać na zdolnościach innych podmiotów, pod warunkiem, że te zasady są związane z przedmiotem i celami tego zamówienia oraz względem nich proporcjonalne.

Pięknie, od tego czasu obowiązuje zasada, że realizować zamówienie ma ten, kto na wymagane doświadczenie, czyli zupełnie inaczej, niż wcześniej. Z drugiej strony, zasady udziału puz’ów można byłoby rozszerzyć.

Prawo UE należy interpretować w ten sposób, że w okolicznościach takich, jak w postępowaniu głównym, sprzeciwiają się one, aby instytucja zamawiająca po otwarciu ofert złożonych w ramach postępowania w przedmiocie udzielenia zamówienia publicznego, uwzględniła wniosek wykonawcy, który złożył ofertę dotyczącą całego zamówienia o wzięcie pod uwagę jego oferty wyłącznie do celów udzielenia niektórych części tego zamówienia.

Co do zasady zgoda, choć wyobrażam sobie uzasadnione wyjątki (i widziałem je w KIO).

Prawo UE należy interpretować w ten sposób, że wymagają one unieważnienia i powtórzenia aukcji elektronicznej, do udziału w której nie został zaproszony wykonawca, który złożył dopuszczalną ofertę, także w przypadku gdy nie można stwierdzić, czy udział pominiętego wykonawcy zmieniłby wynik tej aukcji.

Z jednej strony rozumiem, z drugiej – należy jak ognia unikać takiej sytuacji. A tymczasem UZP promuje informowanie o odrzuceniu ofert po aukcji.

W okolicznościach takich jak w postępowaniu głównym art. 48 ust. 3 dyrektywy 2004/18 nie może być interpretowany w świetle art. 63 ust. 1 dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 2014/24/UE z dnia 26 lutego 2014 r. w sprawie zamówień publicznych, uchylającej dyrektywę 2004/18.

Trochę smutne: nowe prawo już uchwalone i nie może być wykorzystane do interpretacji starego prawa?

WYROK TSUE C 387/14 ESAPROJEKT

Prawo UE stoi na przeszkodzie temu, aby po upływie terminu zgłoszeń do udziału w postępowaniu o udzielenie zamówienia publicznego wykonawca przekazał instytucji zamawiającej, w celu wykazania, że spełnia on warunki uczestnictwa w postępowaniu w sprawie udzielenia zamówienia publicznego, dokumenty, których nie zawierała jego pierwotna oferta, takie jak umowa zamówienia zrealizowanego przez podmiot trzeci oraz jego zobowiązanie do oddania do dyspozycji tego wykonawcy zdolności i środków niezbędnych do realizacji rozpatrywanego zamówienia.

A tymczasem Prawo zamówień publicznych dopuszcza zastąpienie jednego podmiotu udostępniającego zasoby innym. Czyżby wyrok się nie przyjął?

Prawo UE nie dopuszcza, aby wykonawca polegał na zdolnościach innego podmiotu w rozumieniu art. 48 ust. 3 omawianej dyrektywy poprzez sumowanie wiedzy i doświadczenia dwóch podmiotów, które samodzielnie nie mają wymaganej zdolności do realizacji określonego zamówienia, w przypadku gdy instytucja zamawiająca uzna, że dane zamówienie jest niepodzielne oraz że takie wykluczenie możliwości polegania na doświadczeniu większej liczby wykonawców jest związane z przedmiotem zamówienia, które musi zatem zostać zrealizowane przez jednego wykonawcę, oraz proporcjonalne do niego.

Przez ile lat KIO orzekało, że jak każdy z dwóch wykonawców wykonał raz jedną podobną pracę, to razem wykonali dwie…

Prawo UE nie dopuszcza, by wykonawca biorący indywidualnie udział w postępowaniu o udzielenie zamówienia publicznego polegał na doświadczeniu grupy wykonawców, której był członkiem przy innym zamówieniu publicznym, jeżeli faktycznie i konkretnie nie uczestniczył w jego realizacji.

Przez ile lat KIO orzekało, że każdemu z członków konsorcjum należy się chluba za wykonanie całości zamówienia, choćby palcem w bucie nie kiwnęli (wszak odpowiadali solidarnie).

Prawo UE dopuszcza, by wykonawca wykazywał swoje doświadczenie, powołując się łącznie na dwie lub większą liczbę umów jako jedno zamówienie, chyba że instytucja zamawiająca wykluczyła taką możliwość na podstawie wymogów związanych z przedmiotem i celami danego zamówienia publicznego oraz proporcjonalnych względem nich.

Sam dostałem wyrok, że jak wykonawca zdobył doświadczenie na podstawie dwóch odrębnych umów, nie można tego sumować.

WYROK TSUE C 131/16 ARCHUS

Prawo UE stoi na przeszkodzie temu, aby w postępowaniu o udzielenie zamówienia publicznego instytucja zamawiająca wezwała oferenta do dostarczenia oświadczeń lub dokumentów, których przedstawienia wymagała specyfikacja istotnych warunków zamówienia, a których nie dostarczono w terminie składania ofert.

Czyż nie wzywany powszechnie do uzupełnienia przedmiotowych środków dowodowych, nawet próbek?

Artykuł ten nie stoi natomiast na przeszkodzie temu, aby instytucja zamawiająca wezwała oferenta do wyjaśnienia oferty lub sprostowania oczywistej omyłki w tej ofercie, pod warunkiem jednak, że takie wezwanie zostanie skierowane do wszystkich oferentów znajdujących się w tej samej sytuacji, że wszyscy oferenci będą traktowani równo i lojalnie i że tego wyjaśnienia lub sprostowania nie będzie można zrównać z przedstawieniem nowej oferty, co powinien sprawdzić sąd odsyłający.

Tylko Janusz Dolecki przez te wszystkie lata mówił, że uzupełniać i wyjaśniać można jedynie dokumenty pierwotnie złożone.

Prawo UE należy rozumieć w ten sposób, że odwołujący może dążyć do unieważnienia postępowania, w związku z czym pojęcie „danego zamówienia” w rozumieniu art. 1 ust. 3 dyrektywy 92/13, zmienionej dyrektywą 2007/66, może w danym razie dotyczyć ewentualnego wszczęcia nowego postępowania o udzielenie zamówienia publicznego.

Przez ile lat kanonem było, że wykonawca musi wykazać interes w uzyskaniu danego zamówienia, czyli wybrania jego oferty w prowadzonym właśnie postępowaniu i nie może „grać” na jego unieważnienie.

WYROK TSUE C-35/17 SAFEROAD

Pytanie: czy prawo UE zezwala na wykluczenie wykonawcy z postępowania lub odrzucenie jego oferty z powodu upływu terminu związania ofertą i uznanie, że oferta wykonawcy wygasła z powodu upływu terminu związania ofertą i tym samym przestała istnieć w postępowaniu o udzielenie zamówienia, zatem nie można zawrzeć z nim umowy (istnieje zakaz zawarcia umowy), choć wykonawca jest takim zawarciem umowy zainteresowany?

Odpowiedź: prawo UE stoi na przeszkodzie wykluczeniu wykonawcy z postępowania o udzielenie zamówienia publicznego wskutek niespełnienia przez tego wykonawcę obowiązku, który nie wynika wyraźnie z dokumentacji przetargowej.

W ilu komentarzach i wyrokach stało, że po upływie terminu związania ofertą już jej nie ma, przestała istnieć?

WYROK TSUE C 54/21 WODY POLSKIE

Pytanie: Czy wykonawca może zastrzec jako tajemnicę przedsiębiorstwa:

  • dowolną informację, z tego powodu, że nie chce jej ujawniać konkurującym z nim wykonawcom,
  • podmiotowe środki dowodowe,
  • dane dotyczące osób lub podmiotów udostępniających zasoby,
  • podmiotowe środki dowodowe,
  • dokumenty wymagane w celu oceny oferty w ramach kryteriów oceny ofert, w szczególności, jeśli ocena ta nie przebiega według obiektywnie porównywalnych schematów oraz mierzalnych i porównywalnych matematycznie lub fizycznie wskaźników, lecz według indywidualnej oceny instytucji zamawiającej?

Odpowiedź: prawo UE stoi na przeszkodzie przepisom krajowym w dziedzinie udzielania zamówień publicznych, które wymagają, aby – z jedynym wyjątkiem tajemnic przedsiębiorstwa – informacje przekazywane przez oferentów instytucjom zamawiającym były w całości publikowane lub podawane do wiadomości pozostałych oferentów.

A tymczasem wiodącą linią orzeczniczą było odmawianie wykonawcom możliwości utajniania informacji poprzez stawianie im wymagań absurdalnych i niemożliwych do spełnienia. Nie mówiąc już o tym, że odmawiano wykonawcom ochrony innych informacji poufnych, nie spełniających definicji tajemnicy przedsiębiorstwa. I to wszystko w imię uczciwości i budowy zaufania do zamawiającego.

Natomiast Trybunał wielokrotnie orzekał, że podstawowy cel przepisów Unii w dziedzinie zamówień publicznych polega na zapewnieniu istnienia niezakłóconej konkurencji oraz że aby zrealizować ten cel, ważne jest, aby instytucje zamawiające nie ujawniały związanych z postępowaniami o udzielenie zamówienia publicznego informacji, których treść mogłaby zostać wykorzystana w celu zakłócenia konkurencji bądź to w przetargu będącym właśnie w toku, bądź też w późniejszych przetargach. Ze względu na to, że postępowania o udzielenie zamówienia publicznego opierają się na stosunku zaufania między instytucjami zamawiającymi a wykonawcami, ci ostatni powinni móc przedkładać instytucjom zamawiającym wszelkie informacje użyteczne w ramach takiego postępowania bez obawy, że instytucje te przekażą osobom trzecim informacje, których ujawnienie mogłoby przynieść rzeczonym wykonawcom szkodę (pkt 49).

Prawo UE stoi na przeszkodzie praktyce instytucji zamawiających polegającej na każdorazowym uwzględnianiu wniosków o zachowanie poufności ze względu na tajemnicę przedsiębiorstwa.

Pełna zgoda, acz w praktyce nikt chyba w Polsce tak nie czynił. Trybunał wykluczył możliwość ochrony tajemnic wykonawców bez badania zasadności ich utajnienia.

Zamawiający musi ocenić, czy informacje te mają wartość handlową, która nie ogranicza się do danego zamówienia publicznego, gdyż ich ujawnienie mogłoby zaszkodzić uzasadnionym interesom handlowym lub uczciwej konkurencji.

Czyli: zamawiający nie może przerzucać na wykonawców obowiązku wniesienia odwołania na zapowiadane z 5 lub 10 dni odtajnienie, co zalecają uczeni w prawie.

Pytanie: czy kryteria udzielenia zamówienia muszą zapewniać możliwość efektywnej konkurencji i umożliwiać skuteczną weryfikację informacji przedstawianych przez oferentów, tak aby ocenić, na ile oferty spełniają kryteria udzielenia zamówienia, można interpretować tak, że zezwala ona instytucji zamawiającej na ustanowienie takiego kryterium oceny ofert, jak w niniejszym postępowaniu kryteria »koncepcja opracowania« i »opis sposobu realizacji zamówienia«?

Odpowiedź: zamawiający musi, w przypadku odmowy pełnego dostępu do informacji, udzielić owemu oferentowi dostępu do zasadniczej treści tych informacji, tak aby zapewnić poszanowanie prawa do skutecznego środka prawnego.

Czyli: żadnego „grzebania” po dokumentach konkurentów. Jedynie debrieffing, czyli informacja o zasadniczej treści tych dokumentów. Bo to nie wykonawcy mają mieć możliwość weryfikacji oceny dokonanej przez zamawiającego, lecz zamawiający ma mieć możliwość weryfikacji informacji przedstawianych przez wykonawców.

Pytanie: czy prawo UE zezwala instytucji zamawiającej na ustanowienie danego kryterium oceny ofert, w szczególności kryterium ocenianego według indywidualnej oceny instytucji zamawiającej, chociaż już w momencie ustanawiania tego kryterium wiadome jest, że wykonawcy część oferty odnoszącą się do tego kryterium obejmą tajemnicą przedsiębiorstwa, czemu instytucja zamawiająca się nie sprzeciwia, przez co konkurujący wykonawcy, nie mogąc zweryfikować ofert konkurentów i porównać ich z własnymi ofertami, mogą odnieść wrażenie zupełnej dowolności badania i oceny ofert przez instytucję zamawiającą?

Odpowiedź: prawo UE nie stoi na przeszkodzie uwzględnieniu wśród kryteriów udzielenia zamówienia „koncepcji opracowania” projektów, które mają zostać zrealizowane w ramach danego zamówienia publicznego, oraz „opisu sposobu realizacji” tego zamówienia, o ile do kryteriów tych dołączone są specyfikacje, które umożliwiają instytucji zamawiającej dokonanie konkretnej i obiektywnej oceny złożonych ofert.

Oczywiste jest, że ocena ofert w takich kryteriach nie jest wymierna. I wykonawcy nie będą mieć dostępu do ofert konkurencji, umożliwiającego sprawdzenie zamawiającego.

W przypadku odtajnienia informacji bieg terminu na wniesienie odwołania może rozpocząć się dopiero w dniu, w którym ów odwołujący się uzyskał dostęp do wszystkich informacji, w odniesieniu do których niesłusznie zachowano poufność.

To piękne.

Powyższy tekst ukazał się na łamach Miesięcznika Zamówenia Publiczne. Doradca.

Autor: Dariusz KOBA

Czytaj dalej...
  • Czytany: 2827 razy

Zamawiający zaplanował w ciągu roku organizację wielu spotkań, szkoleń, konferencji, imprez plenerowych. Były to bardzo różnorodne wydarzenia (spotkania VIP, imprezy masowe) odbywające się w różnych lokalizacjach (różne miasta, różne miejsca) i w różnych datach (nie wszystkie precyzyjnie określone na początku roku). Dla każdego z tych wydarzeń zamawiano odrębnie usługę cateringową o wartości podprogowej. Ponieważ ich łączna wartość w skali roku przekroczyła 130 tys. zł., NIK stwierdził naruszenie prawa zamówień publicznych.

Początkowo myślałem, że trafiliśmy na wyjątkową kontrolerkę, ale nie – wygląda na to, że NIK wziął na cel usługi cateringowe i w całej Polsce gnębi zamawiających zarzutami nieuzasadnionego dzielenia zamówienia na części. Na dodatek potwierdziło to Kolegium NIK, czyli „postępowanie odwoławcze zostało zakończone”.

OPINIA UZP

Nieraz wyrażałem pogląd, że najgorszą opinią wydaną kiedykolwiek przez UZP była ta o szacowaniu wartości zamówień. Trzy tożsamości odnoszące się w równym stopniu do dostaw, usług i robót budowlanych. Tymczasem w dyrektywach mamy jedynie pojęcie podobnych dostaw definiowane jako dostawy produktów o podobnym przeznaczeniu („jeden cel”) realizowane przez jednego wykonawcę („jeden sklep”). Catering jest usługą, więc nie odnosi się do niego zasada podobieństwa.

UZP odwołał swoją opinię w komentarzu do nowej ustawy stwierdzając oczywistą w świetle dyrektyw prawdę:

„Zasada podobieństwa nie dotyczy natomiast usług, o których mowa w art. 30 Pzp. Przepisy Pzp i dyrektywy klasycznej nie nakazują łącznego szacowania podobnych usług. Ustalając wartość zamówienia na usługi, zamawiający odnosi się do konkretnej usługi, którą zamierza nabyć. W przypadku usług łącznemu szacowaniu podlegać będą zatem jednorodne usługi, jeśli zostały lub powinny zostać przewidziane przez zamawiającego.”

Zmiana ta „się nie przyjęła” ani wśród zamawiających, ani w organach kontroli. To, niestety, wina UZP; za słabo ją nagłośniono!

W NIK STARE ZASADY

NIK nadal hołduje potrójnej tożsamości przywołując dodatkowo wyrok NSA z 2017 roku wskazujący cztery cechy:

„Zamawiający powinien traktować, jako jedno zamówienie takie zamówienia, które spełniają jednocześnie następujące cechy: 1) mają takie same (lub podobne) przeznaczenie tj. gdy posiadają zasadniczo te same lub podobne funkcje techniczne lub gospodarcze; 2) są nabywane w celu realizacji z góry przyjętego zamierzenia (tożsamość przedmiotowa zamówienia); 3) istnieje możliwość ich realizacji przez jednego wykonawcę (tożsamość podmiotowa zamówienia), a obok związku funkcjonalnego zachodzi między nimi również związek czasowy (tożsamość czasowa zamówienia), tj. zamówienia te mogą być nabywane w dającej się przewidzieć określonej perspektywie czasowej".

Zgoda, ale jedynie w odniesieniu do dostaw. Usług podobnych nie trzeba łączyć.

USŁUGI CATERINGOWE, A USŁUGI RESTAURACYJNE

NIK łaskawie dozwala nie łączyć usług cateringowych z restauracyjnymi oraz z dostawą produktów spożywczych. Wynika to z Rozporządzenia wykonawczego Rady (UE) nr 282/2011 z dnia 15 marca 2011 r., które w art. 6 stwierdza:

„usługi restauracyjne i cateringowe oznaczają usługi polegające na dostarczaniu gotowej lub niegotowej żywności lub napojów albo żywności lub napojów albo żywności i napojów, przeznaczonych do spożycia przez ludzi, wraz z odpowiednimi usługami wspomagającymi pozwalającymi na ich natychmiastowe spożycie. Dostarczanie żywności lub napojów lub żywności i napojów stanowi jedynie element większej całości, w której muszą przeważać usługi. Usługi restauracyjne polegają na świadczeniu takich usług w lokalu należącym do usługodawcy, podczas gdy usługi cateringowe polegające na świadczeniu takich usług poza lokalem usługodawcy. Za usługi cateringowe i restauracyjne w rozumieniu ust. 1 nie uznaje się dostawy gotowej lub niegotowej żywności lub napojów albo dostawy gotowej lub niegotowej żywności i napojów, wraz z ich transportem lub bez niego, ale bez żadnych innych usług wspomagających".

Pięknie, nie trzeba łączyć usług cateringowych i restauracyjnych. Pod warunkiem wszak, że na etapie planowania zamówień zostaną one wyraźnie rozdzielone. Jeśli tworząc plan zamówień nie przesądzono, jakie usługi będą świadczone poza lokalem usługodawcy, a jakie w jego lokalu – nie ma podstaw do tego rozróżnienia.

Wniosek: planując wydarzenie np. w hotelu należy od początku nazwać usługę restauracyjną, a nie cateringową, gdyż zaplanowanie usługi cateringowej z góry zakłada możliwość wprowadzenia do obiektu zewnętrznej firmy cateringowej.

Zwykle jest to niemożliwe – co do zasady właściciel sali oferuje wyżywienie własne i nie do pomyślenia jest wprowadzenie innej firmy cateringowej do hotelu. Zdaniem NIK nie jest to oczywiste, a jakakolwiek argumentacja post factum jest nietrafiona. Skoro zamawiający zaplanował usługę cateringową, miał na myśli organizację wydarzenia w miejscu, w którym świadczenie cateringu byłoby możliwe. Jeśli ostatecznie zorganizował wydarzenie w hotelu wykluczającym takie praktyki, nie wpływa to na oszacowanie wartości usług cateringowych, które powinno nastąpić na etapie planowania zamówień. A jeśli już trzeba ją zlecić oddzielnie, to jako część większego zamówienia. Brawo!

Mamy już bardzo dużo unijnych przetargów ogłaszanych przez polskich zamawiających o wartości kilku, kilkunastu lub kilkudziesięciu tysięcy złotych. Dorzućmy do tego setki, tysiące przetargów cateringowych. Obłęd!

Niemniej radzę, aby wyraźnie rozróżniać na etapie planowania usługi cateringowe i restauracyjne, a także dostawy jedzenia.

KTO NAS NAKARMI W HOTELU

Przy okazji NIK nie zgodził się z twierdzeniem, że usługa wynajmu pomieszczeń oraz usługa restauracyjna są niepodzielne, gdyż oferta hotelu obejmuje wyżywienie jako opcję, z której nie trzeba korzystać. To oczywiste: można wynająć sale i „siedzieć o suchym pysku”. Przez godzinę, dwie to oczywiście jest możliwe, ale przy całodziennym wydarzeniu? Wynająć restaurację obok i przepędzić tam uczestników? Zamówić catering na chodniku przed hotelem?

Usługa restauracyjna nie musi towarzyszyć usłudze wynajmu sali – to oczywiste. Ale jeśli chcemy zapewnić uczestnikom jakikolwiek poczęstunek, musimy go zlecić temu hotelowi – to też oczywiste, ale nie dla NIK.

Przedmiotem zarzutów są usługi cateringowe. Pytanie jednak co z usługami restauracyjnymi? Jeśli cateringowe są jednorodne, to restauracyjne też? Gdzie ten restaurator mający swoje lokale w całej Polsce? A jeśli chcemy zaprosić gości jednego dnia do jednej restauracji, a drugiego do innej – tylko dlatego, aby pokazać bogactwo oferty gastronomicznej w Warszawie, to co? Mam sumować? Nigdy się na to nie zgodzę!

SUPER-CATERINGOWIEC

Wracając do cateringu. NIK stwierdził, że nie można wykluczyć, iż znalazłby się jakiś wykonawca zdolny do realizacji wszystkich usług cateringowych w różnych obiektach, różnych miejscach, na różnym poziomie. Ciekawe co to za wykonawca? Przedsiębiorca warszawski, który przygotowane dania rozwiezie po różnych miastach i poda zimne? A może wynajmie sobie kuchnię na miejscu, przywiezie kucharzy i produkty, z których jego kucharze ugotują posiłki? Może będzie jeździł food-truckiem? NIE: zatrudni lokalnych podwykonawców i zgarnie kilkadziesiąt procent marży! Kontrolerka jednoznacznie to zasugerowała!

Polityka zakupowa państwa nakazuje wspieranie małych i średnich przedsiębiorców, a NIK nakazuje poddanie ich roli podwykonawców jakiegoś cwaniaka, który uzyska zamówienie na ogólnopolskie usługi cateringowe dla państwa polskiego! Państwo w państwie!

A jak zrobić postępowanie na wybór wykonawcy? Czy NIK zaleciłby najniższą cenę? Niby jak wybrać takiego super-integratora? Tymczasem najtańsze mięso psy jedzą. Optymalny wybór najkorzystniejszej oferty cateringowej wymaga przeprowadzenie procesu a’la „master chef”. Ciekawe, który chef będzie gotował dania testowe? Może ten cwaniak, który zatrudni potem najtańszych lokalnych restauratorów? Włos się jeży na głowie.

Zdaniem NIK zamawiający nie wykazał, że nie ma jednego podmiotu zdolnego do zrealizowania usług cateringowych w całej Polsce. Ciekawe jak to wykazać? Udowodnić, że nie ma. Podobne zarzuty stawiają organa kontroli w innych zakresach. Np. zamawiający ograniczył krąg potencjalnych wykonawców warunkami udziału w postępowaniu. Wpłynęło, co prawda 6 ofert, ale nie można wykluczyć, że znalazłby się siódmy, któremu uniemożliwiono udział w postępowaniu. Chyba, że zamawiający udowodni, iż nie ma takiego. Dla myślącego człowieka jest oczywiste, że takiego dowodu nie da się przeprowadzić.

Niemniej wniosek praktyczny: niezależnie od wartości zamówienia (również poniżej progów unijnych, gdy nie ma obowiązku przeprowadzenia analizy potrzeb i wymagań) należy zrobić analizę rynku w celu wykazania, że nie ma zainteresowanych zamówieniem na catering ogólnopolski. Tylko czy publikacja RfI na platformie zakupowej przekona organa kontroli?

A co z argumentem, że są wykonawcy cateringu VIP (porcelana, wykwintne dania, kelnerzy we frakach itp.) i są wykonawcy cateringu masowego. To nie są tożsame zamówienia. To są bardzo różne zamówienia. Catering to nie tylko zapełnienie żołądka. To oprawa wydarzenia, to kunszt kulinarny. Jeśli ktoś tego nie rozumie, to…

KWESTIA PRZEWIDYWALNOŚCI

Większość wydarzeń organizowanych przez zamawiającego jest zaplanowana w horyzoncie roku. Po pierwsze jednak, są wydarzenie niemożliwe do zaplanowania, których, oczywiście, nie należy sumować z planowanymi. Po drugie, samo przewidzenie wydarzenia jest całkowicie niewystarczające do uznania, że wszystkie one stanowią przedmiot jednego zamówienia.

Nawet ta niesławna opinia UZP sprzed wielu lat dotycząca szacowania wartości zamówień stwierdzała:

„Z udzielaniem zamówienia w częściach mamy do czynienia w sytuacji, gdy zamawiający „z góry” przewiduje zakres całego zamówienia i możliwe jest jego jednorazowe udzielenie, lecz ze względów organizacyjnych, technicznych, gospodarczych podejmuje decyzję o dokonaniu kilku zakupów (przeprowadzeniu kilku postępowań o udzielenie zamówienia).”

Łącznie szacować i łącznie zamawiać lub zamawiać jako część większej całości należy te usługi cateringowe, których zakres zamawiający może „z góry” przewidzieć oraz możliwe jest jego jednorazowe udzielenie. Nie wystarczy więc świadomość, że będziemy coś organizować, ani nawet tytuł wydarzenia, czy szacowana liczba uczestników. Zamawiający musi być w stanie udzielić zamówienia obejmującego wszystkie usługi, musi być w stanie opisać przedmiot zamówienia i inne warunki zamówienia wystarczająco precyzyjnie, aby wykonawcy mogli złożyć wiążące oferty.

Tymczasem praca osób organizujących te wydarzenia polega na sukcesywnym ich przygotowywaniu w ciągu roku. Nikt nie ma gotowego planu wszystkich wydarzeń na początku roku w stopniu umożliwiającym jednorazowe udzielenie zamówienia na catering. Gdyby to było przesądzone na początku roku (a raczej w końcówce roku poprzedzającego), cóż robiliby pracownicy zamawiającego przez resztę roku (cały rok)?

Powyższe nie dotyczy, oczywiście, imprez cyklicznych, których zakres i charakter jest określany z góry w dłuższej perspektywie czasowej. W takim przypadku nie ma powodów do odrębnego traktowania każdej z nich.

NIK zaś twierdzi, że samo zgłoszenie do planu usług cateringowych na początku roku przesądza o konieczności ich łącznego oszacowania. Nie i jeszcze raz NIE!

JAKA POZYCJA W PLANIE

Plan zamówień powstaje poprzez sumowanie zapotrzebowań składanych przez poszczególne komórki organizacyjne urzędu. Prawdopodobnie catering jest zgłaszany przez wiele komórek organizacyjnych. Zapotrzebowanie to jest sumowane w jednej pozycji planu zamówień. Zdaniem NIK jest to rozstrzygające dla kwestii oszacowania wartości zamówienia. Nie sposób się z tym zgodzić.

W normalnym świecie jednostką planu są kategorie zakupowe. Catering jest taką kategorią zakupową. Kategoria zakupowa to nie zamówienie. Kategoria zakupowa podlega analizie, w ramach której zamawiający powinien rozstrzygnąć m. in. problem jej podziału na zamówienia.

Nieudolnie stanowi o tym art. 29 ust. 2 Pzp: „Zamawiający nie może dzielić zamówienia na odrębne zamówienia, jeżeli prowadzi to do niestosowania przepisów ustawy, chyba że jest to uzasadnione obiektywnymi przyczynami.”

Czytając przepis literalnie mamy „dzielenie zamówienia na odrębne zamówienia”, czyli masło maślane. Właściwe odczytanie tego przepisu prowadzi do wniosku, że zamawiający nie może dzielić kategorii zakupowej na odrębne zamówienia, jeżeli prowadzi to do niestosowania przepisów ustawy, chyba że jest to uzasadnione obiektywnymi przyczynami.

Nawet jednak czytając dosłownie, ustawa pozwala dzielić zamówienie na odrębne zamówienia, również w sytuacji, gdy prowadzi to do niestosowania przepisów ustawy – o ile jest to uzasadnione obiektywnymi przyczynami.

Kluczową jest odpowiedź na pytanie, czy są obiektywne przyczyny podziału kategorii usług cateringowych na odrębne zamówienia? Przyczyn tych jest co niemiara: różny zakres usług, różny poziom usług, różna lokalizacja usług, konieczność wyboru najkorzystniejszej ekonomicznie oferty. Co nie może, oczywiście, prowadzić do automatycznego przesądzenia o odrębnym traktowaniu każdego wydarzenia.

Jeśli np. zamawiający organizuje cykl spotkań o podobnym charakterze w jednej lokalizacji – udzielenie jednego zamówienia będzie słusznym wyborem. Jednak dla sumowania różnorodnych usług cateringowych brak jakiegokolwiek uzasadnienia – poza zadowoleniem kontroli. Tymczasem NIK potrafi nadal pisać o dzieleniu zamówienia w celu obejścia przepisów ustawy. Może już czas zauważyć zmiany prawne?
Wniosek: obawiam się, że kontrole nie rozróżniają kategorii zakupowych i zamówień. Może trzeba w planie zamówień zamieścić odrębne pozycje dla każdego zamówienia na usługę cateringową, która ma stanowić przedmiot odrębnego postępowania, czyli kilkanaście / kilkadziesiąt pozycji dotyczących obsługi cateringowej różnych wydarzeń?

Można bez problemu pozycjami planu uczynić zamówienia, a nie kategorie zakupowe. Niemniej to uwstecznienie, to ciemnogród, to nieprofesjonalne. Ale czego się nie robi dla kontroli.

Wszystkich zainteresowanych problemem szacowania wartości zamówień zapraszam na tegoroczną Letnią Akademię Zamówień Publicznych (jak zawsze ostatni tydzień wakacji, w tym roku w Płocku, info https://koba-consulting.pl/letnia-akademia-zamowien-publicznych-2025).

Powyższy tekst ukazał się na łamach Miesięcznika Zamówenia Publiczne. Doradca.

Autor: Dariusz KOBA

Czytaj dalej...
  • Czytany: 1205 razy

Prawo zamówień publicznych spuchło nam do monstrualnych rozmiarów. Przeczytać to ze zrozumieniem może jedynie osoba dobrze wykształcona i wysoce doświadczona, a i tak nie znajdzie odpowiedzi na większość praktycznych pytań. Prawnikowi łatwiej zrozumieć znaczenie poszczególnych norm, lecz zwykle nie umie przełożyć tego na ekonomię. Ekonomista nie jest w stanie zrozumieć przepisów. To prawdziwy cud, że większość nabywców publicznych i wykonawców nie będąc ani prawnikami, ani ekonomistami stosuje te przepisy w miarę poprawnie. Szacunek!

KILKA UWAG O ROLI PRAWA

Wszyscy znają koncepcję Best Value Procurement? Profesor Dean Kashiwagi zaobserwował zjawisko: zamawiający opisuje warunki zamówienia – wykonawca nie realizuje go należycie – zamawiający mnoży wymagania i kary – wykonawca ma jeszcze mniejsze szanse na spełnienie tych wymagań… I spirala się rozkręca: zamawiający coraz precyzyjniej mnożą wymagania, których restrykcyjnie przestrzegają co powoduje, że prawdopodobieństwo ich spełnienia przez wykonawcę spada.

Jakość realizowanych zakupów nie rośnie. Rośnie tylko formalizm postępowań, ilość wymaganych kwitów, raportów i stosowanych kar.

Czy nie jest tak z samym prawem? Przez lata zamawiający dopominali się o pełne, jednoznaczne i precyzyjne regulacje. O prawo, które odpowie na każde pytanie, rozwiąże każdy problem, rozstrzygnie każdy dylemat. I nie było odważnego, kto by się temu przeciwstawił i powiedział: to obłęd, droga donikąd.

Po pierwsze, nie jest rolą ustawy rozstrzyganie wszystkich problemów praktycznych przy udzielaniu zamówień publicznych. Pierwotną rolą prawa jest ochrona swobody dostępu wykonawców do zamówień publicznych. I do tego należy wrócić. Bez żadnej szkody można wyrzucić z ustawy wszelkie dobre rady udzielane zamawiającym oraz przepisy nie służące ochronie praw wykonawców.

Po drugie, nie jest możliwe precyzyjne uregulowanie efektywnych procedur zakupowych. To nie jest postępowanie administracyjne, to jest biznes. Każdy z nas prywatnie poszukuje najlepszych ofert (telewizor, korepetytor, glazurnik itp.) i dobrze wiemy, że kupowanie nie jest proste. Zadziwiające, że w zamówieniach publicznych większość wierzy, że wystarczy ogłosić przetarg, wybrać najtańszą ofertę i zawrzeć ryczałtową umowę. Jeśli kupowanie jest takie proste, to czemu nie postępujemy tak z własnymi pieniędzmi?!

Koniec z ustawą pisaną jak przepis na ciasto: kilo mąki, litr mleka i szczypta soli (nawet w przepisie na ciasto jest „szczypta”, „do smaku” i podobne określenia uznawane w zamówieniach publicznych za nielegalne). Ustawa musi w maksymalnym stopniu posługiwać się pojęciami nieostrymi, umożliwiającymi podejmowanie efektywnych decyzji w zależności od sytuacji, czyli powinna ograniczać się do zasad (poza zakresem wymaganym prawem UE).

Po trzecie, wszelkie próby zmuszania zamawiających do określonego zachowania przepisami prawa spaliły na panewce. Najlepszym przykładem jest przymus kryteriów pozacenowych. Zamawiający znakomicie radzą sobie z obchodzeniem przepisów, których nie akceptują. To po co takie przepisy? Należy usunąć wszystkie regulacje, które – choćby realizowały szlachetne intencje – nie mają wpływu na rzeczywistość. Istnienie takich przepisów jest nie tylko nieskuteczne, ale i demoralizujące. Pokazuje, że można bezkarnie falandyzować prawo.

Jeśli rząd chciałby wesprzeć zamawiających w dokonywaniu efektywnych zamówień, niechaj tworzy poradniki, podręczniki przykłady dobrych praktyk i inną miękką legislację. Dużo takich dokumentów jest dostępne np. na stronie urzędu, acz nie bywają stosowane. Dlaczego? Bo zamawiający się boją. Boją się kontroli, arbitrażu, dziennikarzy, przełożonych. Jednym słowem: są zastraszeni. Są gotowi zrobić wszystko, aby uniknąć choćby podejrzenia o nieuczciwość. I nigdy nie zrobią niczego, co mogłoby sprowokować takie wątpliwości.

Jak to zmienić – nie jest dziś tematem; dziś wystarczy stwierdzić, że przepisami nie da się tego zmienić. A lekarstwo bywa gorsze od choroby. Przejdźmy do konkretów.

PRZESĄDZIĆ CEL USTAWY

Ustawodawca już dużo uczynił w celu przekazania wszystkim, że podstawowym celem Prawa zamówień publicznych jest efektywna realizacja celów społecznych, a nie walka z korupcją. To dobrze, ale wciąż za mało. Zamawiający nadal „koncentrują się na spełnieniu wymogów formalnych zamiast na uzyskaniu najlepszego jakościowo produktu lub usługi”, jak to stwierdził rząd w uzasadnieniu aktualnej ustawy.

Rozumiem, że nie mamy zwyczaju pisać w ustawach preambuły, jednak gdzieś na samym początku ustawy należałoby w końcu napisać coś w stylu: „Prawo zamówień publicznych służy realizacji celów społecznych na najlepszych warunkach rynkowych.”

PRZESĄDZIĆ CYWILISTYCZNY CHARAKTER USTAWY

Na etapie prac nad obecna ustawą pojawiły się głosy, że to regulacja administracyjnoprawna. Myślę, że to jedna z największych porażek: po trzydziestu latach nie mamy tego przesądzone? A to przecież nie jest kwestia doktrynalna, lecz jak najbardziej praktyczna. Ludzie ciągle pytają: gdzie w ustawie jest napisane, że tak można? – co jest pytaniem bezsensownym, jeśli mamy do czynienia z prawem cywilnym.

Trzeba wreszcie stwierdzić to jednoznacznie: „Zamawiający może podejmować działania nie przewidziane ustawą, o ile w sposób nieuzasadniony nie ograniczają one prawa dostępu wykonawców do zamówień.”

TAJEMNICA NAD JAWNOŚCIĄ

Jawność ofert jest posunięta w Polsce do absurdu, co zarzucał nam od zawsze Bank Światowy, a stwierdził ponownie TSUE w orzeczeniu C-54/21:

„(…) Trybunał wielokrotnie orzekał, że podstawowy cel (…) polega na zapewnieniu istnienia niezakłóconej konkurencji oraz że aby zrealizować ten cel, ważne jest, by instytucje zamawiające nie ujawniały … informacji, których treść mogłaby zostać wykorzystana w celu zakłócenia konkurencji bądź to w przetargu będącym właśnie w toku, bądź też w późniejszych przetargach. Ze względu na to, że postępowania o udzielenie zamówienia publicznego opierają się na stosunku zaufania między instytucjami zamawiającymi a wykonawcami, ci ostatni powinni móc przedkładać instytucjom zamawiającym wszelkie informacje użyteczne w ramach takiego postępowania bez obawy, że instytucje te przekażą osobom trzecim informacje, których ujawnienie mogłoby przynieść rzeczonym wykonawcom szkodę.”

Kiedy wreszcie zrozumiemy, że jawność nie służy wykonawcom, a zamawiającym. Zaufanie buduje się dzięki zachowaniu tajemnicy ofert, a nie poprzez ich udostępnianie konkurencji. Od kontrolowania zamawiających są ograna kontroli a nie wykonawcy najbardziej interesowni. A czemu jawność służy zamawiającym? To jasne: ściąga z nich odpowiedzialność, umożliwia poprawianie błędów, a nawet zastępuje pracę komisji przetargowej. Tylko przetarg rozstrzygnięty przez KIO jest niepodważalny!

Jest jeszcze może niewielka, ale wpływowa grupa, która spełnia się podważając decyzje zamawiających i zablokuje na pewno moją propozycję. A propozycja ma na celu wprowadzenie domniemania tajemnicy wniosków, ofert oraz innych informacji przekazywanych przez wykonawców.

Art. 18 ust. 3 Pzp mógłby brzmieć np. tak: „Informacje przekazywane przez wykonawców w toku postępowania zawarte w szczególności we wniosku o dopuszczenie do udziału w postępowaniu, ofercie lub wyjaśnieniach składanych zamawiającemu nie podlegają udostępnianiu wykonawcom, ani podmiotom trzecim, za wyjątkiem informacji, o których mowa w art. 222 ust. 5, informacji nie stanowiących tajemnicy przedsiębiorstwa i nie mających charakteru poufnego.”

Warto byłoby dodać: „Wykonawca korzystający z ochrony informacji poufnych załącza do oferty podlegające ujawnieniu streszczenie poufnej części oferty zawierające charakterystykę zasadniczej treści oferty w sposób uniemożliwiający identyfikację informacji poufnych.”

Szarzej uzasadniałem to w dwóch tekstach opublikowanych w Doradcy: „Przeklęta jawność ofert” i „Tajemnica ponad jawnością”.

USUNĄĆ PRZYMUS STOSOWANIA KRYTERIÓW POZACENOWYCH

Jestem wielkim zwolennikiem kryteriów pozacenowych i nie mniejszym przeciwnikiem przymusu ich stosowania. Wybieranie najtańszych ofert jest największą barierą w dostępie do zamówień publicznych (co wynika z badania przeprowadzonego przez UZP w 2019 roku), często rażącym naruszeniem zasady efektywności (acz nie ściganym przez organa kontroli), czasem urąga logice i przyzwoitości.

To prawda. Jednak podejmowane na przestrzeni lat próby najpierw zachęcania („Nowe podejście do zamówień publicznych” z 2008 roku), a następnie przymuszania (od 2013 roku) zamawiających do wyboru ofert najkorzystniejszych ekonomicznie skończyły się kompletnym fiaskiem. Zamawiający nadal wybierali najtańsze oferty i zaprzestanie przez UZP publikowania danych na ten temat niczego nie zmienia.

Aktualny przepis komentowałem na szkoleniach, jako wycofanie się rządu z ustawowej próby wymuszenia wyboru ofert najkorzystniejszych ekonomicznie. Wszak pozostawiony warunek, pod którym można stosować kryterium ceny jako jedyne („jeżeli określą w opisie przedmiotu zamówienia wymagania jakościowe odnoszące się do co najmniej głównych elementów składających się na przedmiot zamówienia”) jest prosty do spełnienia. Olbrzymia większość OPZ zawiera taki opis.

Wygląda jednak na to, że zamawiający nadal się boją, że ktoś zapyta: a jakie to są główne elementy zamówienia? A dlaczego te? A gdzie są wymagania jakościowe? A dlaczego zamawiający uznał je za wystarczające? Itp., itd. I nie chcą (nie chce im się) na takie pytania odpowiadać. Więc nadal cena ma 60%, nadal stosowane są powszechnie absurdalne kryteria nie mające żadnego wpływu na wynik postępowania. Jest i śmiesznie i strasznie. A jest to powszechne obchodzenie prawa, czyli demoralizacja i kombinatoryka. Gdyby tak połowę tego zapału z jakim zamawiający stosują pozorne kryteria przenieść na stosowanie kryteriów sensownych w połowie udzielanych zamówień – byłby z tego pożytek. Tyle, że tego nie da się osiągnąć ani prośbą, ani groźbą.

Najwyraźniej jedynym sposobem zaprzestania stosowania sztucznych kryteriów jest likwidacja art. 246 w całości.

WYKREŚLIĆ PRZYMUS BADANIA RAŻĄCO NISKIEJ CENY

To jest jakiś skandal nie-do-wiary co się dzieje w KIO w tym temacie. Jak można zmuszać zamawiającego do odrzucenia taniej oferty? KIO nie może mieć takiej mocy. Tym bardziej konkurencja nie może mieć prawa żądania tego.

Żądanie wyjaśnień musi być suwerennym prawem zamawiającego. Ostatecznie to jego wątpliwości mają być rozwiane. I nic innym do tego. Zamawiający odpowiedzialny za realizację zadania musi mieć możliwość podjęcia ryzyka zawarcia taniej umowy i powinien za to ponosić konsekwencje. Nie tak, jak w przypadku Covec’u, gdy Prezes UZP i p.o. dyrektora GDDKiA położyli głowy, że Chińczycy dadzą radę (mieli prawo), a gdy wykonawca porzucił budowę nie ponieśli żadnych konsekwencji, choćby politycznych. Jedynym możliwym arbitrażem powinien być ten między zamawiającym a wykonawcą, którego wyjaśnienia nie zostały uznane, bo prawa wykonawców muszą być chronione.

Czyli trzeba wykreślić ustępy 2-4 w art. 224. Pamiętamy oczywiście, że to już było i że zamawiający rzadko z tej możliwości korzystali. To jednak było dawno, a lekarstwo okazało się gorsze od choroby.

DOPRECYZOWAĆ ZASADY SZACOWANIA WARTOŚCI ZAMÓWIEŃ

Jak odkręcić skutki najgorszej opinii wydanej kiedykolwiek przez UZP, czyli tej sprzed kilkunastu lat o szacowaniu wartości zamówień? Urząd zmienił zdanie, czemu dał wyraz w komentarzu do ustawy oraz kilku opiniach (o odczynnikach, o żywności).

Dobrze. Problem polega na tym, że to się nie rozeszło, nie przyjęło. Mimo upływu kilku lat ciągle słychać o trzech tożsamościach stosowanych do wszystkich zamówień. Podobnie, ciągle zamawiający zbierają oferty indykatywne (mimo, że UZP wskazał w komentarzu na oszacowanie „samodzielne i bezpośrednie”) i wyciągają średnią (uważając, że dochowali należytej staranności). Na dodatek oszukują siebie, księgowość i szefostwo nie uwzględniając w szacowanej wartości rezerwy na ryzyko zamawiającego.

Tę ostatnią kwestię należałoby uregulować ustawowo, wpisując np.: „Szacowana wartość zamówienia powinna w największym stopniu odpowiadać najbardziej prawdopodobnej wartości świadczeń wykonawcy, w szczególności powinna uwzględniać rezerwę na ryzyko przypisane w umowie zamawiającemu.”

Szarzej o tym było w tekście „Zakaz dzielenia czy nakaz agregacji” w jednym z numerów Doradcy.

UPROŚCIĆ PROCEDURY KRAJOWE

Dobrym przykładem niepotrzebnej, nadmiarowej regulacji wprowadzonej (podobno) na żądanie społeczności zamówieniowej była nowelizacja ustawy dokonana przed jej wejściem w życie w zakresie trybu podstawowego.

Nie wystarczy jednak wrócić do pierwotnego tekstu. Nie wystarczy również wprowadzić zmiany dyskutowane od jakiegoś czasu, np. szerszy zakres negocjacji w wariancie drugim. Moja propozycja, zaszczepiona przez kolegów z OpenNexus to prawdziwe uproszczenie i powrót do standardów rynkowych jednocześnie.

  1. Zamówień udziela się po przeprowadzeniu jednego z następujących postępowań:
    1. Zapytanie o informację
    2. Zapytanie o propozycję
    3. Zapytanie o ofertę
  2. Zapytanie o informację może służyć do analizy rynku lub stanowić pierwszy etap postępowania o udzielenie zamówienia. W takim przypadku zamawiający zaprasza co najmniej trzech wykonawców, którzy złożyli informacje najbardziej odpowiadające jego potrzebom do złożenia propozycji lub ofert.
  3. Zapytanie o propozycję może być postępowaniem jedno lub wieloetapowym. W takim przypadku po pozyskaniu propozycji zamawiający zaprasza co najmniej trzech wykonawców, którzy złożyli propozycje najbardziej odpowiadające jego potrzebom do złożenia ofert.
  4. Zapytanie o ofertę jest postępowaniem jednoetapowym.
  5. Po pozyskaniu propozycji lub ofert, które mają być przedmiotem wyboru zamawiający może podjąć negocjacje z nie więcej, niż trzema wykonawcami w celu ulepszenia ich treści. Po negocjacjach zamawiający zaprasza do złożenia ofert dodatkowych wszystkich wykonawców, z którymi prowadził negocjacje.

Zapewne trzeba byłoby dopisać jeszcze kilka kwestii, np. minimalne terminy, ale wierzę, że całość regulacji da się zmieścić na 2-3 stronach.

ZASADA ZAMIAST KLAUZULI WALORYZACYJNEJ

Inflacja jest, oczywiście, jednym z ryzyk zamawiającego. Jednak pisanie klauzuli waloryzacyjnej w ustawie to grube nieporozumienie. To ręczne sterowanie zamówieniami.

Nie ma sensu np. narzucanie częstotliwości waloryzacji (co 12, co 6, a może co 3 miesiące). A przede wszystkim: zamawiający notorycznie obchodzą ten nakaz, czyli tworzą klauzule, które nie ściągają ryzyka inflacji z wykonawców, choć nie są sprzeczne z literą ustawy (trzeba przyznać, że ustawodawca to ułatwił).

Ustawa nie jest miejscem na pisanie klauzuli waloryzacyjnej. W ustawie należy zamieścić jedynie zasadę: „Ryzyko zmiany siły nabywczej pieniądza jest w zasadniczej części ryzykiem zamawiającego.” A ewentualne dobre praktyki (daleko odbiegające od obecnego tekstu ustawy) należy upowszechniać w ramach miękkiej legislacji.

ZASADA ZAMIAST KLAUZUL ZAKAZANYCH I NAKAZANYCH

To samo dotyczy innych klauzul, które w umowach są nakazane lub zakazane. To, po pierwsze, skandal, że takie klauzule musiały się znaleźć w ustawie, bo to wskazuje, że rząd nie ma żadnego wpływu na praktyki zamówieniowe. Po drugie, są to klauzule regulujące drobny wycinek rzeczywistości, wierzchołek góry lodowej. Po trzecie, i tak są nieskuteczne, gdyż zamawiający łatwo je obchodzą (co ustawodawca ułatwia formułką „chyba, że”).

Rozumiem na dodatek, że mają być rozszerzane w miarę identyfikacji nowych praktyk (co nie zostało uczynione, co zdaje się wskazywać, że jest dobrze, a nie jest, a byłby to kolejny przykład ręcznego sterowania).

Zamiast pisać klauzule należy zapisać w ustawie zasady: „Zamawiający z należytą starannością identyfikuje ryzyka związane z realizacją zamówienia i przypisuje je w umowie tej stronie, dla której ponoszenie danego ryzyka jest względniejsze. W szczególności ryzykami zamawiającego są zmiana prawa, zmiana siły nabywczej pieniądza i inne okoliczności niezależne od wykonawcy, z wyjątkiem zobowiązań opartych na zasadzie ryzyka.”

PRZYWRÓCIĆ PROTEST JAKO PIERWSZY ŚRODEK OCHRONY PRAWNEJ

Likwidacja protestów nastąpiła pod hasłem uproszczenia i przyspieszenia postepowań, „bo musimy zdążyć na EURO 2012”. Ile to już lat trwa ogłoszony wtedy stan wyjątkowy? Likwidacja protestów nie jest uproszczeniem, lecz utrudnieniem, a jeśli jest przyspieszeniem, to niewielkim i nie wartym wdrażania z uwagi na wielkie negatywne tego skutki.

Zdecydowaną większość sporów między zamawiającymi i wykonawcami powinno się rozstrzygać na poziomie protestów, bez angażowania KIO. Jest to procedura darmowa i szybka. Rozstrzygnięcia zamawiających nie muszą być „zero-jedynkowe”, lecz wychodzące naprzeciw oczekiwaniom wykonawców w pewnym zakresie. Można byłoby uniknąć większości odwołań, co mogłoby zmniejszyć konfrontacyjny charakter postępowań i charakter relacji zamawiający – wykonawcy.

Osobno uzasadniałem to w tekście „Protest poproszę” w jednym z numerów Doradcy.

ZMIANY W ZAKRESIE KONTROLI

Polscy zamawiający są bardzo kompetentni. Wszędzie spotykam pasjonatów mających wielką wiedzę i umiejętności. Do efektywnego udzielania zamówień brakuje im jedynie motywacji. Stosują zawsze standardowe, nieefektywne rozwiązania dlatego, że się boją. Bo w Polsce udzielanie efektywnych zamówień wiąże się z dużym ryzykiem. To skandal nie-do-wiary.

Boją się przede wszystkim kontroli: „bo kontrola najbardziej lubi przetarg nieograniczony, czepia się kryteriów niewymiernych, a jak wybierzemy ofertę nie najtańszą to czołgają okrutnie”. Obawiam się, że to zasadniczo prawda. A nawet, jeśli nie, to jest to powszechne przekonanie, które paraliżuje zamawiających. I nic się nie zmieni dopóki nie zmienią się zasady kontroli. Dopóki organa kontroli będą się skupiać na formalnej poprawności procedur zakupowych – zamawiający będą się koncentrować na tym samym.

Zmiana podejścia zamawiających jest możliwa wyłącznie na skutek zmiany podejścia kontroli. Jeśli kontrole zaczęłyby się zajmować efektywnością zamówień – zamawiający postaraliby się i o to.
Czy jest możliwa kontrola efektywności i gospodarności zamówień publicznych? Formalnie się odbywa, acz wiemy jak. Mówią, że realnie nie ma na to szans, bo kontrola nie ma takich kompetencji. Jest nawet pogląd, że to lepiej: ostatecznie łatwiej utrzymać porządek w plikach, niż osiągać cele na najlepszych warunkach rynkowych. To prawda. Tylko zamówień żal. Tych projektów odfajkowanych, z których nic nie wynika, tej kasy wydanej bez sensu, a najbardziej tych ludzi zastraszonych podejmujących świadomie głupie decyzje „z ostrożności procesowej”, a jeszcze bardziej młodego pokolenia nieświadomych co to myślą, że to naprawdę, tak ma być, jest dobrze i po co to zmieniać.

Gdyby jednak władza uznała, że tak dalej nie można, że trzeba to zmienić, to odsyłam do mojego artykułu „Sen o kontroli”, w którym zaproponowałem 20-punktową check-listę kontroli efektywności zamówień publicznych.

ZMIANA ROLI PREZESA UZP

Najważniejszą moją propozycją, chyba jedynym światełkiem w tunelu, z którym jestem w stanie jeszcze wiązać jakąkolwiek nadzieję na zmiany w naszym światku zamówień publicznych jest zmiana roli Prezesa UZP. Nie chodzi mi o formalne podporządkowanie go Premierowi, choć i to byłoby wskazane, lecz o uczynienie z Prezesa UZP zwierzchnika wszystkich kupców / nabywców / zamawiaczy.

Na marginesie: może najwyższy czas podjąć propagowaną przez Panią Prezes zmianę nazewnictwa wprowadzonego, zapewne błędnie, ponad trzydzieści lat temu. To, czym się zajmujemy to zakupy publiczne, a zamówienia są udzielane na podstawie zawartej umowy, gdy się wysyła zamówienie / zapotrzebowanie określające co ma wykonawca dostarczyć i kiedy. A my nie jesteśmy ani zamówieniowcami czy zamawiaczami – tylko kupcami lub nabywcami (jeśli ktoś bardzo chciałby się odróżnić od przekupek i przedsiębiorców zajmujących się handlem).

Czy to miałoby oznaczać, że Prezes UZP jest zwierzchnikiem nabywców publicznych, szeroko opisałem w jednym z niedawnych tekstów „Po co nam Urząd Zamówień Publicznych?”

Na łamach DORADCY często publikuję postulaty de lege ferenda. Dopóki mi zależy, dopóki nam nadzieję – będę pracował w zawodzie. Potem odejdę zgorzkniały i zajmę się moim drobiem, z którym łapię coraz lepszy kontakt.

Powyższy tekst ukazał się na łamach Miesięcznika Zamówenia Publiczne. Doradca.

Autor: Dariusz KOBA

Czytaj dalej...
  • Czytany: 652 razy

Gdzie szukać nieprawidłowości w zamówieniach publicznych? Wszyscy skupiają się na procedurze udzielenia zamówienia. Zarówno przesłanki naruszenia dyscypliny finansów publicznych, jak i korekt finansowych w projektach unijnych, a także stosowane check-listy dotyczą przede wszystkim przetargu. Tymczasem sprawdzać należałoby zupełnie co innego.

DYSCYPLINA FINANSÓW PUBLICZNYCH

W art. 17 ustawy o odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych (uondfp) olbrzymia większość przesłanek odpowiedzialności odnosi się do dokumentów zamówienia oraz sposobu procedowania postępowania (w polskich realiach: „przetargowania”).

Tylko jedna przesłanka dotyczy dzielenia i łączenia zamówień, czyli ulubionego obszaru kontroli. Z jednej strony to zrozumiałe, gdyż tylko kontrola może wykryć takie naruszenie (pozostałe nieprawidłowości lepiej wykrywają i zwalczają poszkodowani wykonawcy). Z drugiej strony, mamy na tym polu do czynienia z gigantycznymi nadinterpretacjami („trzy tożsamości”), których nie dawało się zwalczać przed KIO, bo spory z organami kontroli nie trafiają do KIO.

Niewielu chyba zauważyło, że UZP wycofał się z niechlubnej opinii o szacowaniu wartości zamówień. Ponadto, z Pzp zniknął zakaz łączenia zamówień, a w uondfp pozostał. Uważam, że zmiana dokonana w Pzp niczego nie zmienia i nadal łączenie jest zakazane – podobnie, jak było zakazane przed wprowadzeniem odpowiedniej normy do Pzp.

Większym skandalem jest formułka „skutkujące uniknięciem stosowania przepisów ustawy”. To sformułowanie nie pasowało ani do starej, ani do nowej ustawy.

W starej był zakaz dzielenia „w celu uniknięcia stosowania przepisów ustawy”, co dawało możliwość wybronienia się motywami, nawet, jeśli skutkiem było niestosowanie przepisów. W nowej ustawie mamy wyraźne zastrzeżenie: „chyba że jest to uzasadnione obiektywnymi przyczynami”, czego nie uwzględnia uondfp. To skandal-nie-do-wiary. Jednak nie o tym ma być ten tekst.

Tylko jeden przypadek naruszenia dotyczy etapu realizacji umowy: „zmiana umowy (…) z naruszeniem przepisów o zamówieniach publicznych” (ust. 6).

KOREKTY FINANSOWE

Podobną konstrukcję ma taryfikator korekt finansowych w projektach finansowanych z udziałem środków UE. Jedną z przesłanek jest „sztuczny podział zamówienia”, a obok „brak uzasadnienia powodu, dla którego zamówienia nie podzielono na części”, czego nie znajdujemy w uondfp. Ostatni zaś punkt dotyczy „modyfikacji elementów zamówienia określonych w dokumentach zamówienia” (choć trzeba przyznać, że punkt ten jest bardzo rozbudowany).

CHECK-LISTY

Również stosowane w praktyce check-listy koncentrują się na przetargowaniu. Na marginesie: miała powstać wspólna check-lista opracowana przez Komitet ds. kontroli. I nie powstała. To chyba oznacza, że nigdy nie powstanie. Szkoda – chyba, że byłaby wypadkową dotychczas stosowanych list. To może lepiej, że nie powstała.

NIE TU JEST PIES POGRZEBANY

Osobiście uważam, że koncentrowanie się kontroli na przebiegu przetargu nie ma sensu. Dokumentacja postępowania powinna się bronić sama: zamawiający zapewne opublikował ogłoszenie o zamówieniu w odpowiednim miejscu (można rzucić okiem) oraz udostępnił dokumenty zamówienia na stronie internetowej (też tylko rzut okiem).

Gdyby w dokumentach tych było coś naruszającego interesy wykonawców, zapewne któryś z nich złożył odwołanie. Czy warto to sprawdzić? A po co? Jeśli wniesiono odwołanie, to albo zamawiający je uwzględnił i się poprawił, albo nie uwzględnił i sprawa trafiła do KIO, które albo potwierdziło działania zamawiającego, albo nakazało zmiany, co zamawiający prawdopodobnie wykonał. Czyli jest OK. A jeśli nie wniesiono odwołania, to – uwzględniając polskie obyczaje – należy przyjąć, że jest OK.

Po co ktoś miałby naruszać przepisy w trakcie przetargu? Na oczach wykonawców? Narażając się na odpowiedzialność? W imię jakich interesów kontrola miałaby wpierać zamawiającemu, że np. zastosował wygórowane, nieproporcjonalne warunki udziału w postępowaniu lub warunki realizacji zamówienia? Jeśli nikt nie kwestionował? Na dodatek: jeśli wpłynęła zapewniająca konkurencję liczba ofert?

Znacznie ciekawsze dla kontroli powinno być to, co działo się przed przetargiem, w szczególności dzielenie zamówień (o czym już było nieraz i zapewne jeszcze będzie) oraz to, co działo się później.

SYGNALIŚCI

Komisja Europejska podejmuje różne działania, mające zapobiegać nieprawidłowościom w zamówieniach publicznych. Jedną z takich inicjatyw są sygnaliści i ich ochrona.

Szczerze mówiąc nie wiedziałem, że pomysł powstał w związku z zamówieniami publicznymi. Po pierwsze, nie wydaje mi się, aby problem korupcji w zamówieniach publicznych był istotnym problemem społecznym. Zwłaszcza w Polsce: szacunki OLAF przedstawiają nas w czołówce państw UE, zaraz za Skandynawią i Niemcami. Po drugie, wątpię, aby koncepcja przyjęła się u nas: zważywszy doświadczenia historyczne donoszenie na kolegów nie będzie akceptowane, nawet, jeśli nie będzie nadużywane. Po trzecie, mam istotne zastrzeżenia natury moralnej: upominać trzeba najpierw w cztery oczy, potem przy świadku, a dopiero w dalszej kolejności oficjalnie.

INTEGRITY PACTS

Kolejnym pomysłem KE są „pakty uczciwości”, których celem jest nie tylko kontrola zamówień publicznych, ale i angażowanie społeczeństwa w przebieg procesów (głównie inwestycyjnych) mających temu społeczeństwu służyć, budowanie społeczeństwa obywatelskiego.

Pomysł rozwijany przez KE we współpracy z Amnesty International polega na zaangażowaniu czynników społecznych, organizacji, fundacji i innych NGO-sów do udziału w całym procesie, od przygotowania projektu do jego zakończenia.

Do udziału w pilotażu zgłosiło się 11 państw. Wybrano 17 projektów o łącznej wartości niemal miliard euro. W Polsce pilotażem paktu została objęta duża inwestycja infrastrukturalna: modernizacja ostatniego odcinka „Wiedenki” (kolei Warszawsko-Wiedeńskiej) na linii Częstochowa – Zawiercie o wartości ponad pół miliarda złotych.

Zamawiającym była spółka PKP PLK S.A., wykonawcą ZUE S.A., a inżynierem konsorcjum firm MP-Mosty sp. z o.o. i Drogowa Trasa Średnicowa S.A. Na partnera społecznego została wybrana przez KE w drodze konkursu Fundacja im. Stefana Batorego (jako jedyna złożyła ofertę).

Partner społeczny opracował zasady przejrzystości, politykę compliance i zasady ochrony sygnalistów oraz zawarł umowy z wszystkimi uczestnikami inwestycji. Umowy te gwarantowały stronie społecznej bieżący dostęp do wszelkiej dokumentacji, korespondencji stron oraz udział w spotkaniach. Chodziło o to, aby w czasie rzeczywistym patrzeć na ręce wszystkim realizującym inwestycję.

Fundacja im. S. Batorego założyła stronę internetową , na której zamieszczono wiele informacji o przebiegu inwestycji, przykłady stosowanych rozwiązań, a także publikację „Obserwacja zamówień publicznych – poradnik obywatelski”. Publikacja ta określa m. in. „czerwone flagi” dla tego typu projektów, na których powinien koncentrować się monitoring społeczny.

CO BADAĆ NALEŻY

Wymieniono 40 „red flags”, z których 5 dotyczy przygotowania zamówienia, 5 postępowania o udzielenie zamówienia a 30 dotyczy etapu realizacji zamówienia.

Ciekawe, że osoby nie trudniące się na co dzień kontrolą zamówień publicznych po jednym projekcie zrozumiały, gdzie należy szukać nieprawidłowości, a nasze profesjonalne organa kontroli gonią króliczka tam, gdzie go nie ma.

Oto obszary szczególnie podatne na nieprawidłowości zidentyfikowane przez Fundację Stefana Batorego (to obszerny cytat z poradnika):

  1. informowanie o konsultacjach społecznych i sposób ich prowadzenia na etapie przygotowania zamówienia;
  2. zamówienie i proces przygotowywania studium wykonalności dla projektu;
  3. procedowanie wniosków do decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach i jego uzupełnień;
  4. tryb przygotowania dokumentacji przetargowej i jej weryfikacja;
  5. sposób publikacji ogłoszenia o zamówieniu i umieszczania informacji na platformie zakupowej;
  6. dokonywanie modyfikacji do dokumentacji przetargowej i tryb odpowiadania na pytania wykonawców;
  7. powoływanie członków do składu komisji przetargowej;
  8. ocena ofert i towarzyszące jej czynności wyjaśniające, np. w zakresie badania rażąco niskiej ceny;
  9. odwołania wykonawców do Krajowej Izby Odwoławczej (KIO);
  10. przebieg i rezultaty zamówienia publicznego na nadzór inwestycyjny nad projektem;
  11. przygotowanie dokumentów towarzyszących podpisaniu umowy z wykonawcą;
  12. przygotowanie dokumentacji Koncepcji Programowo-Przestrzennej i jej opiniowanie;
  13. akceptacja i odrzucanie przygotowanych przez wykonawcę projektów budowlanych;
  14. wywieranie presji na przyśpieszenie lub spowolnienie robót;
  15. rewizje harmonogramu robót dla całej inwestycji i poszczególnych branż;
  16. kolizje z innymi inwestycjami;
  17. uzgadnianie zakresu robót z zarządcami pobliskich obiektów infrastrukturalnych;
  18. sytuacje wywierania presji na realizację płatności przed wymaganymi prawem postanowieniami kontraktu czy planem finansowym terminami;
  19. przypadki powtarzających się, nieregularnych, przyśpieszanych i/lub spowalnianych płatności;
  20. sposób wyceny i akceptacji prac dodatkowych i zamiennych;
  21. odstępstwa od stawek / kosztów określonych robót w stosunku do pierwotnych wyliczeń wykonawcy lub stawek rynkowych;
  22. zmiany postanowień kontraktu z wykonawcą oraz nieprecyzyjne opisy owych zmian (przyczyn, uzasadnień, spodziewanych rezultatów etc.);
  23. istotne zmiany umów między wykonawcą a podwykonawcami (oraz dalszymi podwykonawcami);
  24. zmiany dotyczące postanowień programu funkcjonalno-użytkowego;
  25. odstępstwa od uzgodnionego zakresu robót bez ich potwierdzenia poleceniami zmian;
  26. podejmowanie dodatkowych analiz i badań miejsca inwestycji, które mają podważyć lub potwierdzić dane z dokumentacji przetargowej, poświęconych na przykład uwarunkowaniom akustycznym, warunkom geologicznym, ekspertyzie dendrologicznej itd.;
  27. rozpoczynanie robót budowlanych bez zakończonych procedur administracyjnych związanych z uzyskiwaniem zgód i zezwoleń;
  28. przypadki stosowania substytutów czy zamienników materiałów lub rozwiązań konstrukcyjnych wcześniej zadeklarowanych w ofercie lub w szczegółowych projektach dotyczących określonych robót;
  29. przejrzystość prowadzenia korespondencji, komunikacji i negocjacji między stronami zamówienia, w szczególności w związku ze zmianami w kontrakcie, PFU lub innych istotnych elementów zamówienia;
  30. powiadomienia stron umowy na temat roszczeń;
  31. czas reagowania stron na wzajemne wystąpienia;
  32. przyjęcie umowy o dofinansowanie i wnioskowanie o aneksy do niej w przypadku beneficjentów funduszy UE;
  33. realizacja ewentualnych robót dodatkowych, uzupełniających lub zamiennych;
  34. prowadzenie robót wiążących się z istotnym ryzykiem dla środowiska naturalnego;
  35. skargi mieszkańców, przedstawicieli samorządu, użytkowników linii kolejowej na sposób realizacji przygotowania i realizacji robót;
  36. organizacja pracy inspektorów diagnostów i inspektorów nadzoru w terenie;
  37. prowadzenie wewnętrznych i zewnętrznych kontroli i audytów dotyczących projektu;
  38. powoływanie członków komisji odbiorowych w kontekście ich przygotowania merytorycznego oraz ewentualnego uwikłania w konflikt interesów;
  39. tryb dokonywania odbiorów eksploatacyjnych i odbioru końcowego robót;
  40. przestrzeganie zasad bezpieczeństwa (w rozumieniu zdrowia) przez głównych uczestników zamówienia i zapewnienie bezpieczeństwa wszystkim jego interesariuszom (np. użytkownikom kolei, przewoźnikom).

Powyższe obszary dotyczyły, oczywiście, monitorowanej inwestycji, a więc robót budowlanych realizowanych w formule „zaprojektuj i zbuduj”. Przy innych zamówieniach byłyby trochę inne. Przyznajmy jednak: to zupełnie inne podejście od prezentowanego na co dzień przez organa kontroli!

Może należałoby Fundacji Batorego zlecić opracowanie check-listy do profesjonalnej kontroli zamówień publicznych, a nie tylko dla monitoringu społecznego? Fundament już jest.

Wnioski z pilotażu są następujące: „nawet ci obywatele, którzy mają poniekąd silne formalne podstawy, żeby przyglądać się z bliska zamówieniom publicznym (jak na przykład radni samorządowi), nie są bardzo zainteresowani ich monitorowaniem”.

Albo daleko nam do społeczeństwa obywatelskiego, albo na tyle ufamy profesjonalnym służbom zakupowym, że nie uważamy za pożyteczne tracić czas na patrzenie im na ręce. Wolę to drugie wyjaśnienie. Brawo zamawiający! Może organa kontroli też mogłoby przychylić się do takiego wniosku?

Powyższy tekst ukazał się na łamach Miesięcznika Zamówenia Publiczne. Doradca.

Autor: Dariusz KOBA

Czytaj dalej...